Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Sweeney Todd: Demoniczny Golibroda z Fleet Street”

„No, there is no place like… London!”

Musical to ostatnio mało popularny gatunek. Ilość tego typu produkcji, które ukazały się w ciągu ostatnich kilku lat i odniosły jakikolwiek sukces, ukazać mogą palce jednej dłoni. Zdecydowaną rzadkością są natomiast musicale, w których pojawiają się elementy grozy, horroru i psychodelii. Sprawienie, by taki gatunkowy miszmasz dał w rezultacie dobrą, wartą obejrzenia produkcję na pewno nie należy do rzeczy prostych. Jednak Tim Burton wielokrotnie udowadniał, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. „Sweeney Todd” to kolejne wielkie dzieło tego znakomitego, acz nielubianego w Hollywood reżysera.

Sweeney Todd, doskonale wyszkolony golibroda, powraca do Londynu po trwającej kilkanaście lat tułaczce. Towarzyszy mu młody żeglarz Anthony Hope. Tuż po przybyciu do miasta, Todd poznaje panią Lovett, właścicielkę miejscowej jadłodajni. Lovett prędko rozpoznaje w nim Benjamina Barkera, golibrodę, który przed wieloma laty został wygnany z miasta przez miejscowego sędziego – Turpina. Po wyjeździe Todda, Turpin wraz ze swoimi sługami zgwałcił jego żonę i porwał córkę. Teraz jedynym pragnieniem Sweeney’a jest zemsta. Wkróce Todd otwiera zakład fryzjerski i z czasem zyskuje miano najbardziej uzdolnionego golibrody w Londynie. Uzdolnionego do tego stopnia, że postanawia go odwiedzić sam sędzia Turpin…

Motyw zemsty ostatnimi czasy wykorzystywany jest w kulturze nader często. Mrocznych mścicieli można spotkać na każdym kroku. Pojawiają się w teatrze, kinie, literaturze, komiksie, a nawet – lub przede wszystkim – w grach. Jednak tylko nieliczni z nich potrafią należycie przekonać do siebie odbiorcę. Niewielu potrafi wywołać emocje większe niż drobna doza współczucia. Tymczasem w „Sweeney Todd” zemsta urasta wręcz do rangi sztuki. Całkiem prymitywny, choć zupełnie zrozumiały rewanżyzm głównego bohatera przyprawiony został nutką grozy oraz potężną dawką fanatyzmu i psychodelii. W efekcie poczynania Todda ciężko jest jednoznacznie ocenić, Sweeney jest w pewien sposób bohaterem tragicznym, którego egzystencja podtrzymywana jest jedynie przez niebywale silną żądzę zemsty, a która może doprowadzić człowieka do zguby – co zostało w doskonały sposób ukazane w końcowych scenach.

W najnowszym filmie Burtona bardzo wysoki poziom prezentuje aktorstwo. W skład obsady weszły głównie osoby z bogatym kinowym doświadczeniem, w tym takie sławy jak Johnny Depp, Helena Bonham Carter, czy Alan Rickman. W „Sweeney Todd” po raz kolejny udowodnili, że nie bez powodu nazywa się ich największymi gwiazdami Hollywoodu. Depp po mistrzowsku wcielił się w głównego bohatera, mieszając zimne wyrachowanie z fanatyczną, zakrawającą o obłęd żądzą zemsty. Równie dobrze wypadła wspomniana Helena Bonham Carter jako Pani Lovett, partnerka Todda. Sposób, w jaki odtwarza swoją bohaterkę nie budzi u mnie żadnych zastrzeżeń. Jednakże oglądając ją w „Sweeney Todd” miałem nieodparte wrażenie, iż tak naprawdę patrzę na Bellatrix Lextrange z ekranizacji piątej części przygód „Harry’ego Pottera”. Oglądając Helenę w „Sweeney Todd” i „HP: Zakon Feniksa” trudno nie zauważyć, że jej charakteryzacja w obu tych filmach różni się jedynie drobnymi szczegółami. Na wysokim, typowym dla siebie poziomie, zagrał Alan Rickman, czyli filmowy sędzia Turpin, chociaż, prawdę mówiąc, widywałem go w lepszej formie. Co zaś tyczy się kreacji drugoplanowych… W tym przypadku jest dość nierówno. Trafiają się zarówno doskonale odegrani bohaterowie epizodyczni – jak na przykład Adolfo Pirelli, grany przez Sashę Barona Cohena, bądź jego pachołek Tobias Ragg, którego odtwórcą jest Ed Sandera – jak również postacie, których odtwórcy momentami się gubili, czego najlepszym przykładem jest Jamie Campbell Bower, wcielający się w Anthony’ego Hope’a – pomocnika i towarzysza podróży Todda.

Zatrzymajmy się teraz przy oprawie muzycznej. W przypadku „Sweeney Todd’a” ma ona szczególnie duże znaczenie, jako że film jest musicalem. Większość z zaprezentowanych utworów to pieśni proste w brzmieniu, aczkolwiek bardzo melodyjne i zapadające w pamięć. Wydźwięk piosenek jest przeróżny, w zależności od sceny, w trakcie której są wykonywane. Nie brakuje wstawek humorystycznych, pełnych ironii, czego dowód może stanowić śpiewająco wyrażona opinia pani Lovett na temat jej własnych wytworów. Podobnie wiele jest utworów wyrażających uczucia bohaterów w sposób piękny, niemalże poetycki (za przykład niech posłuży „I’ll steal you, Johanna” w wykonaniu Hope’a), czy też mniej wykwintny, lecz pełen ekspresji, jak pieśń początkowa, w której to Hope z Toddem prezentują odmienne spojrzenia na Londyn. Na uwagę zasługują również umiejętności wokalne bohaterów. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj Johnny Depp, z głosem, zdawałoby się, stworzonym wprost do tego typu musicali. Nie gorzej jest w przypadku pani Heleny Carter, której śpiew pozostawia niewiele do życzenia, oraz Sashy Barona Cohena, wykonującego wprawdzie tylko jedną pieśń, jednak w sposób na tyle dobry, że nie sposób byłoby o niej nie wspomnieć. Od dobrej strony pokazał się pod tym względem również Jamie Campbell Bower, czyli Anthony Hope. Jedyne, aczkolwiek dość poważne zastrzeżenia, mam do Jayne Wisener – filmowej Johanny. Jej głos jest zdecydowanie za wysoki. O ile początkowo można było go znieść, o tyle z każdą kolejną śpiewaną kwestią utwierdzałem się w przekonaniu, iż jej wokal to czyste nieporozumienie.

Zmierzając ku końcowi recenzji, wypada pochwalić naszego rodaka, Dariusza Wolskiego, który w „Sweeney Todd” był odpowiedzialny za zdjęcia. Znany z przygotowywania kadrów do takich obrazów jak „Piraci z Karaibów”, czy „Kruk”, także i tym razem doskonale wywiązał się ze swego zadania. Kilkoma ciepłymi słowami należy opatrzyć pracę Francescy LoSchiavo i Dante Ferretti’ego, filmowych specjalistów od scenografii. Przedstawiony tu Londyn jest lokacją tak samo barwną i przyciągającą, jak również mroczną i pełną najrozmaitszych patologii. Świetną robotę LoSchiavo i Ferretti’ego doceniła zresztą także Amerykańska Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej, nagradzając dzieło Burtona Oscarem właśnie w kategorii scenografii.

Słowem podsumowania, „Sweeney Todd – Demoniczny Golibroda z Fleet Street” to arcyciekawy film, z którym polecam się zapoznać każdemu miłośnikowi kina, bez względu na upodobania gatunkowe. Obraz ten to najlepszy dowód na niezmiennie wysoką formę Tima Burtona. Już dziś czekam na kolejne dzieła jego rąk. Bo „Sweeney Todd”, mimo, iż nie jest dziełem wybitnym, to na pewno bardzo oryginalnym, wybijającym się na tle szarej masy dzisiejszych hollywoodzkich produkcji. Nieskomplikowana w gruncie rzeczy historia, opowiedziana w niezwykle interesujący sposób, doskonała pod względem technicznym. Porządna treść i wybitna forma – oto cały „Sweeney Todd”.

Ocena: 9/10

Tytuł: Sweeney Todd – Demoniczny golibroda z Fleet Street
Tytuł oryginału: Sweeney Todd – The Demon Barber of Fleet Street
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: John Logan
Muzyka: Stephen Sondheim
Data premiery: 2007-12-21 (świat), 2008-02-22 (Polska)
Czas trwania: 116 minut
Kraj: USA, Wielka Brytania
Obsada: Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Alan Rickman, Timothy Spall, Sacha Baron Cohen

Ocena: 9/5

Dyskusja