Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Hellraiser: Wysłannik piekieł”

Pamiętam czasy, kiedy słysząc słowo „horror” zakrywałem twarz dłońmi i chowałem się pod kołdrę. Taka była moja reakcja kilka (a może już i kilkanaście) lat temu, gdy z wypożyczalni kaset VHS trafił do mojego domu „Hellraiser”. Dziś, po długim czasie, stałem się o dziwo wielkim fanem horroru w każdej postaci, tak więc obejrzenie dzieła Clive’a Barkera nie mogło mnie ominąć.

Frank Cotton rozwiązuje tajemnicę magicznej kostki Lemarchanda i wkracza w świat Cenobitów – piekielnego wymiaru, w którym ból i rozkosz są nierozłączne. Przywrócony przez przypadek do życia, powraca na Ziemię jako przerażające monstrum. To jednak dopiero początek koszmaru. By stać się na powrót człowiekiem, Frank potrzebuje ofiar… Te zaś postanawia dostarczyć mu znudzona spokojnym i nudnym życiem bratowa. Tymczasem demoniczni Cenobici ze złowrogim Pinheadem na czele, wcale nie zamierzają rezygnować ze swojego łupu i zrobią wszystko, by Frank znowu zaczął cierpieć…

Każdy kto interesuje się trochę horrorem, wie, że „Hellraiser” to swojego rodzaju klasyka gatunku. Trudno mi go więc krytykować. Filmowi nie można zarzucić praktycznie nic, poza bardzo słabą końcówką. Cała reszta jest wyśmienita. Aktorzy spisują się na prawdę dobrze. Nie zauważyłem w ich grze poważniejszych niedociągnięć czy zgrzytów. Świetnie spisuje się Clare Higgins w roli Julii, nieco słabiej wypada Ashley Laurence jako Kirsty, ale całokształt gry aktorskiej prezentuje się doprawdy zadowalająco.

Nie inaczej jest z oprawą muzyczną. Twarde, budzące lęk i niepokój brzmienia doskonale spełniają swoje zadanie, budując u widza napięcie i od czasu do czasu godząc go przechodzącymi po plecach zimnymi dreszczami. Ogólnie „Hellraiser” może i nie straszy tak, jak powinien straszyć prawdziwy horror, lecz bez wątpienia posiada pewien specyficzny klimat, coś, co sprawia, że „Hellraisera” ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem od pierwszej do niemal ostatniej minuty. Nie zawiodą się miłośnicy gore – specjalnie dla nich Clive Barker przygotował kilka doprawdy odrażających scen.

Wydawałoby się, że „Hellraiser” to film bez skazy. Dobra gra aktorów, niezgorsza oprawa muzyczna, a także świetny, piekielny klimat. Czego chcieć więcej? Powiedziałbym, że niczego, gdyby nie to, iż końcówka obrazu pozostawia wiele do życzenia. Sprowadza się ona wyłącznie do biegania po domu i wysyłania demonów do Otchłani poprzez układanie w różne sposoby magicznej kostki. Jest to jedyny zarzut, który mogę wystosować w kierunku filmu, jednak wystarczająco poważny, by zaważył na końcowej ocenie. Nic bowiem tak skutecznie nie przekonuje widza jak solidnie wykonane, zaskakujące zakończenie. Niestety, w „Hellraiserze” tego zabrakło.

Ogólnie rzecz biorąc, „Hellraiser” to bardzo dobry film, który mogę śmiało polecić każdemu miłośnikowi horroru. Dzieło Clive’a Barkera ma wszystko to, co powinna mieć solidna produkcja grozy. Zabrakło jedynie ciekawego zakończenie, dlatego też wystawiam ósemkę, a nie, jak planowałem, dziewiątkę. Tym niemniej, „Hellraiser” to klasyka i wszyscy ci, którzy jeszcze go nie widzieli, powinni czym prędzej nadrobić zaległości.

Ocena: 8/10

Tytuł: Hellraiser – Wysłannik Piekieł
Tytuł oryginału: Hellraiser
Reżyseria: Clive Barker
Scenariusz: Clive Barker
Muzyka: Christopher Young, Dana Glover
Data premiery: 1987-09-11 (świat)
Czas trwania: 94 minuty
Kraj: Wielka Brytania, USA
Obsada: Andrew Robinson, Clare Higgins, Ashley Laurence, Sean Chapman, Oliver Smith

Ocena: 8/5

Dyskusja