Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „UKM – Maszyna do zabijania”

„Kino GROZY”, wydawane przez Carismę, zdążyło już zasłynąć jako cykl koszmarnie słabych, niskobudżetowych horrorów. Tymczasem, mimo wielu niepochlebnych opinii konsumentów, na półkach salonów prasowych pojawiają się coraz to kolejne filmy z tej serii. Ostatnio moją uwagę przykuł „UKM”. Po samej okładce mogłem wywnioskować, że nie jest to kino najwyższych lotów. A jednak znów dałem się skusić.

Waylon i Buddy wstępują do wojska. Wydaje się, że jest to najlepsze dla nich rozwiązanie. Okazuje się jednak, że trafiają do grupy, która jest poddawana dziwnym eksperymentom medycznym. Szalony lekarz chce przeistoczyć żołnierzy w maszyny do zabijania. Aby uchronić się od podobnego końca, Walon i Buddy muszą stoczyć nierówną walkę z poprzednimi kreacjami doktora.

Jak widać, fabuła jest naiwna i banalna. W samym filmie ma ona bardzo niewielkie znaczenie, gdyż całość sprowadza się do bieganiny po korytarzach wojskowego laboratorium. „UKM” nie zaskakuje zupełnie niczym. Scenariusz jest nieskomplikowany, a co za tym idzie, bardzo przewidywalny. Nie ma w nim miejsce na jakiekolwiek dynamiczne zwroty akcji. Sprawia wrażenie, jakby projektował go piętnastolatek. Po jednej stronie mamy rekrutów, a po drugiej potwora. Od chwili, gdy dochodzi do pierwszej konfrontacji między obiema stronami, rozpoczyna się zwyczajna sieczka.

Gra aktorów prezentuje typowo amatorski poziom. Wszyscy zatrudnieni do filmu aktorzy spisują się bardzo słabo. Odgrywanie poszczególnych zachowań czy emocji przychodzi im z trudnością. Nie ma w nich ani krzty przekonania lub naturalności, ich gra budzi w widzu raczej uśmiech politowania niż zachwyt. Obsadę miał niejako ratować Michael Madsen, który jest chyba jedynym aktorem występującym w „UKM”, mającym za sobą bogatą filmową przeszłość. Jednak także i on wypadł poniżej oczekiwań. Ogólnie rzecz biorąc, gra aktorów to jeden z najsłabszych punktów filmu.

Muzyka i udźwiękowienie wołają wręcz o pomstę do nieba. Słuchając odtwarzanych w tle utworów można by się głowić, czy w zamierzeniach twórców leżało nakręcenie horroru, czy komedii. I wcale w tym momencie nie ironizuję. Rzeczywiście bowiem „UKM” staje się w pewnym momencie parodią horroru i jeżeli miałbym oceniać film pod takim właśnie kątem, to musiałbym wystawić mu dość wysoką notę. Oprócz tandetnej muzyki ma on do zaoferowania równie kiczowate efekty specjalne. Sztuczna, dziwnie lepka krew, rozwalające się po ścianach nienaturalnie wyglądające wnętrzności… to tylko wierzchołek góry lodowej. Jednak jak wiadomo, wszystko to cechuje horrory klasy B i dla prawdziwych miłośników niskobudżetowych produkcji grozy stanowi jedynie zachętę ku zapoznaniu się z filmem.

Ocena filmu „UKM” jest sprawą trudną. Z technicznego punktu widzenia, obraz prezentuje się tragicznie. Również same chłodne słowa należałyby mu się, gdyby oceniać go jak typowy film grozy. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że „UKM” to produkcja klasy B i do miłośników takiego właśnie kina jest kierowana, wystawiam jej czwórkę w dziesięciostopniowej skali. Ogólnie rzecz biorąc, osoby lubujące się w technicznych arcydziełach lub horrorach z krwi i kości powinny omijać „UKM” szerokim łukiem. Natomiast wszyscy sympatycy gore mogą po niego sięgnąć – ostrzegam jednak, że nie jest to dzieło na miarę „Martwicy Mózgu” czy „Martwego Zła”.

Ocena: 4/10

Tytuł: UKM: Maszyna do zabijania
Tytuł oryginału: UKM: The Ultimate Killing Machine
Reżyseria: David Mitchell
Scenariusz: Tyler Levine, Tim McGregor
Muzyka: Craig McConnell
Data premiery: 2006
Czas trwania: 82 minuty
Kraj: USA
Obsada: Michael Madsen, Mak Fyfe, Steve Arbuckle, Victoria Nestorowicz, Erin Mackinnon

Ocena: 4/5

Dyskusja