Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Miasto moloch wciąga błyskawicznie – recenzja książki „Miasto szaleńców i świętych”

Dawno, naprawdę dawno nie spotkałem takiej książki jak ta. I nie mówię tutaj o gabarytach tomu, chodź te zbliżone są do standardowej cegły. Mam na myśli raczej dziwny magnetyzm, z jakim dzieło Jeffa VanderMeera wciąga czytelnika. „Miasto szaleńców i świętych”, wydane niedawno przez Solaris, już od pierwszej strony sprawia, że chce się więcej i więcej, a oderwanie się od lektury jest prawie niemożliwe.

Ale do rzeczy. Opasłe tomisko, jakie przyjdzie nam przynieść do domu z wyprawy do księgarni, to, w teoretycznym założeniu, zbiór opowiadań. W praktyce nie jest to jednak do końca takie jednoznaczne. Już po lekturze drugiej historii odbiorca ma wrażenie, że „Miasto szaleńców i świętych” to faktycznie spójna całość, traktująca o losach różnych ludzi, żyjących w jednym mieście. Miasto to nazwa się Ambergris. Jest to olbrzymia metropolia, zbudowana na brzegach zdradliwej rzeki Moth. Miasto to pełne jest tajemnic, które, im bliżej rozwiązania, tym intensywniej sugerują, że nie powinno się ich rozwiązywać. Miasto, gdzie w jednej chwili można zdobyć niewyobrażalną fortunę i sławę, albo stracić wszystko jeszcze szybciej.

Początkowo Ambergris przypominało mi Ankh-Morpork, państwo-miasto znane z powieści Terrego Pratchetta o Świecie Dysku. Jednak szybko, kartkując kolejne stronice, przekonałem się w jak dużym byłem błędzie. VanerMerr częstuje czytelnika wizją o wiele bardziej mroczną i groteskową, niepokojącą wręcz, chodź nie można zaprzeczyć że pozbawioną dawki błyskotliwego humoru.

Istnieją jeszcze dwa inne czynniki, sprawiające, że lokacja ta jest niebezpiecznie intrygująca. Pierwszy z nich to Festiwal Słodkowodnych Kałamarnic, które żyją w wodach Moth. Jest to jedna z najwspanialszych uroczystości jakie widzieli ludzie, jednakże po zmroku przemienia się w coś zgoła odmiennego w zaułkach i zakamarkach miasta, pełnego nie tylko świętych, ale i szaleńców, czyli morderców i gwałcicieli. Drugim czynnikiem jest obca od ludzkiej rasa. Są to grzybianie, dawniej zwani Szarymi Kapeluszami. Chodź w powieści są wzmianki o innych rasach inteligentnych to tylko te istoty, wraz ze swoja historią, zostały opisane szczegółowo. Podobnie jak z Festiwalem, za dnia są niegroźnie chrapiącymi gdzieś po kątach ulic ludzikami, jednak pod osłoną nocy stają się zupełnie inne.

Jak wspomniałem wcześniej, „Miasto szaleńców i świętych” w teorii jest zbiorem opowiadań, jednak śmiało można stwierdzić, iż jest to jedna, wielowątkowa powieść, której głównym bohaterem jest nie osoba, a miejsce. Z opowiadania na opowiadanie, autor przedstawia nam wizje różnych ludzi, artystów czy duchowych. Sprawnie żągluje sposobami narracji, zmieniając je tak, aby lepiej podkreślić charakter książki.

Oprócz fabularnego przedstawienia fikcji literackiej, Jeff VanderMeer staje się czasami historykiem, analizującym dzieje miejsca, w którym przyszło mu żyć. To przewodnikowe podejście do akcji to eksperyment, którego wynik jest bardzo zadowalający. Przetykając fabułę takimi wtrąceniami przedstawia to samo wydarzenie z różnych perspektyw. Zabieg ten został zastosowany na przykład w opowiadaniu „Przemiana Martina Lake’a”. W jednej chwili czytelnik poznaje pierwszy sposób narracji: z perspektywy tytułowego bohatera. Autor przybliża mu jego odczucia czy emocje, towarzyszące mu przy podejmowaniu decyzji. Druga perspektywa to suche fakty, przedstawione przez „Hoegbotoński przewodnik po Ambergris”. Te same wydarzenia, przedstawione z punktu widzenia autora przewodnika, wyglądają zupełnie inaczej, zatarte przez czas i domysły. Tak więc książka tak naprawdę zawiera tylko cztery nowele w podręcznikowym tego słowa znaczeniu. Cała reszta to materiały dodatkowe, przypisy czy notki, stylizowane na materiały popularno naukowe.

Zapewne nie każdemu spodoba się takie ujęcie opowieści, ale sądzę, że przeżycie takiej lektury, każdy mól książkowy powinien doświadczyć chodź raz. Kolejnym więc mianem, którym można określić to literackie dzieło to właśnie encyklopedia. Dzięki i takiemu przedstawianiu historii, całość nabiera dodatkowego kolorytu.

Opowieść o Ambergris, przedstawiona tak czy inaczej, można określić pewnie tylko w jeden sposób, słowami takimi jak oryginalność, niebagatelność czy nietuzinkowość. Nic dziwnego- Jeff VandeMeer stał się podwójnym laureatem nagrody World Fantasy Award, także za tę książkę. Jego twórczość w Polsce jak dotąd była prezentowana tylko w „Krokach w nieznane”, czyli almanachu na 2006 rok, więc jest jeszcze dość nieznana. Niemniej sądzę, że dzięki „Miastu świętych i szaleńców” droga ku popularności tego pisarza, stanie szerokim otworem.

W słowach podsumowania wypada stwierdzić jednoznacznie, czy warto kupić książkę Jeffa VanderMeera „Miasto szaleńców i świętych”. Ja uważam, że tak. Książka ta, mimo że opasła, potrafi sprawić, iż po jej przeczytaniu czytelnik chce więcej i więcej. Szybko zatęskni za złowrogo interesującym Ambergris. Ponoć książka nie warta przeczytania drugi raz nie była warta przeczytania i za pierwszym. Mam ważenie, że do tej lektury powróci nie jedno z nas. Drugi…trzeci raz…

Ocena: 9/10

Autor: VanderMeer Jeff
Data wydania: 2008-05-06
Forma: Opowiadania
Gatunek: Fantasy
Cykl: Ambergis
ISBN: 83-89951-88-6
EAN: 9788389951886
Oprawa: broszurowa
Liczba stron:720
Cena: 44,90
Nagroda: World Fantasy Award
Tłumaczenie: Konrad Kozłowski i Jolanta Pers
Wydawnictwo: Solaris

Obrazek

Dyskusja