Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „El Muerto”

Jakiś czas temu na półkach kiosków i salonów z prasą zaczęły pojawiać się filmy z serii „Kino Grozy”. Początkowo do pisma dołączane były ciekawe, kinowe produkcje, takie jak chociażby „Boogeyman” czy „Droga bez powrotu”. Z czasem można było w nim znaleźć coraz słabsze, niewarte oglądania obrazy. Do tej grupy kwalifikuje się także „El Muerto”. Dzieło Briana Coxa jest ekranizacją serii komiksów o tym samym tytule.

Diego de la Muerte jest młodym Amerykaninem latynoskiego pochodzenia, mieszkającym we wschodniej części Los Angeles. Zbliża się święto zmarłych i Diego, chcąc wziąć udział w jego obchodach, przebiera się za zombie mariachi – czarny kombinezon z aztecką czaszką z tyłu, oczy przyczernione proszkiem antymonowym oraz wymalowane znaki nadają mu prawdziwie makabryczny wygląd. Ale Aztecki symbol śmierci Tezcatlipoca, który Diego wytatuował sobie na ramieniu, niesie za sobą potworne konsekwencje. Czarne siły azteckiej krainy cieni sprawiają, że Diego w drodze na imprezę ulega wypadkowi i umiera. Budzi się w Mictlan – ciemnym królestwie umarłych. Jego dusza zostaje oddana we władanie boga śmierci Mictlantecuhtli. Będąc w mocy boga śmierci Diego musi powrócić na Ziemię, aby wypełnić przepowiednię…

Przede wszystkim trzeba jasno powiedzieć, że „El Muerto” mógł być naprawdę solidnym filmem. Właściwie to wiele jego technicznych aspektów stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Weźmy na ten przykład grę aktorów. Spośród całej obsady dotychczas miałem okazję poznać wyłącznie Angie Cepedę, a i to wyłącznie z telenowel emitowanych niegdyś na Polsacie. W roli Marii spisała się stosunkowo dobrze. Jednak największą uwagę należy skupić na Wilmerze Valderramie, który wcielił się w głównego bohatera. Swoje zadanie wypełnił on tak jak należy, bez żadnych większych rewelacji, ale też bez większych zgrzytów. Jego nazwisko wypisane jest wielkimi, czerwonymi literami na okładce filmu, zupełnie tak, jakby miał stanowić najjaśniejszy punkt produkcji, a tymczasem aktor ten sprawdza się przeciętnie. Kilka ciepłych słów należy natomiast rzec na temat kreacji aktorki, która wcieliła się w przeciwniczkę El Muerto. Niestety, nigdzie nie mogłem doszukać się jej nazwiska. Tak czy inaczej, niezwykle silna i zwinna jak na swoje lata pani w podeszłym wieku, walcząca jak równy z równym z młodym i potężnym El Muerto, zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie.

Nie zwróciłem większej uwagi na oprawę muzyczną. Pozwala to wysnuć wniosek, iż nie jest ona ani specjalnie dobra, ani zanadto słaba. W każdym razie, w żaden sposób nie pomaga w budowaniu nastroju grozy. A skoro już jesteśmy przy grozie… to muszę z ubolewaniem oznajmić, że w przypadku „El Muerto” o czymś takim w ogóle nie ma mowy. Obraz Coxa jest całkowicie pozbawiony klimatu, który powinien cechować podobne produkcje. Niesie to za sobą pewne bardzo przykre następstwa. Po kilku minutach seansu

widz jest już szczerze znużony. Oglądający nudzi się aż do końcówki filmu, kiedy na ekranie w końcu zaczyna dziać się coś ciekawego. Finałowe trzydzieści minut trzyma odpowiedni poziom, ale zniesmaczenie powstałe na początku seansu nie opuszcza widza aż do pojawienia się napisów końcowych.

„El Muerto”, zgodnie z moimi oczekiwaniami, nie powala. Ba, film jest słaby i właściwie niewarty oglądania, a tym bardziej pieniędzy, jakich życzą sobie za niego wydawcy. Na cokolwiek nie spożytkowalibyście swoich funduszy, będzie to lepszy wybór niż zakup „Kina Grozy”. Odradzam.

Ocena: 2+/10

Tytuł: El Muerto
Tytuł oryginału: El Muerto
Kraj: USA
Data premiery: 2005 – świat, 2006 – Polska
Czas trwania: 89 minut
Reżyseria: Brian Cox
Obsada: Wilmer Valderrama, Tony Amendola, Michele Marsh, Michael Parks, Maria Conchita Alonso

Ocena: 2/5

Dyskusja