Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Tytusa uspokajanie – recenzja komiksu „Tytus Kibicem”

Księga XXXI przygód Tytusa, Romka i Atomka pojawiła się po dwóch latach od poprzedniego albumu. Komiks nosi tytuł „Tytus kibicem!”, a jego wydanie zbiegło się z mistrzostwami EURO 2008. Można by się więc spodziewać, że w nasze ręce trafi opowieść o sporcie i różnych formach dopingowania sportowców.

Szybko jednak okazuje się, że tytuł jest mylący. Tytus kibicem jest tak naprawdę tylko na pierwszych czterech stronach i na ostatniej. Właściwie nawet nie tyle kibicem, ile pseudokibicem. Reszta jego przygód ma z tym tematem niewiele wspólnego. Kibicowanie jest tu spiritus movens fabuły, ale zostało wykorzystane tylko do zawiązania akcji. Ta toczy się szybko i rozwija wokół wątku leczenia Tytusa z nerwicy futbolowej. Chłopcy przy pomocy terapii ze zwierzętami próbują pomóc sympatycznej małpie wyrwać się z choroby. Pomimo początkowych sukcesów Tytus wpada depresję i dopiero koale profesora T.Alenta okazują się sposobem na rozwiązanie problemu.

Papcio Chmiel serwuje nam znany z poprzednich albumów klimat. Wciąż jest to komiks z rodzaju „bawić ucząc, ucząc bawić”, ale jednak większy nacisk położony jest na zabawę. A ta dla osób wychowanych na Tytusie jest przednia. Humor i pogoda ducha Chmielewskiego nie osłabły ani trochę wraz z upływem czasu. Wątpię jednak czy trafi on do młodego czytelnika. Różnica pokoleń jest dobrze widoczna zwłaszcza, gdy przyjrzymy się wypowiedziom bohaterów. Czasem brzmią sztucznie i nie przystają do dzisiejszej rzeczywistości (chociażby napis na szaliku „Śmiechotwórcy wszystkich krajów, łączcie się”, czy okrzyki i przyśpiewki pseudokibiców). Nie jest to oczywiście wada, bo dzięki temu Tytus jest taki jakim go lubimy. Romek wciąż nie stroni od docinków, A`Tomek jak zwykle lekko przemądrzały, Papcio co jakiś czas wtrąca swoje 3 grosze do rozmowy, a profesor T.Alent szokuje wynalazkami.

Dowcipy słowne i sytuacyjne nadal śmieszą. Autor doskonale potrafi bawić się słowem i nowy album stanowi na to świetny dowód. I to nawet pomimo wspomnianej wyżej sztuczności (lub archaiczności) niektórych zwrotów. Szkoda tylko, że tak mało jest rymowanek, które są znakiem firmowym albumów z Tytusem. Sporo tekstów i sytuacji zapada w pamięć. Dzięki temu można często wracać do tego komiksu i nie nudzić się, nawet jeśli poznamy go dokładnie do deski do deski. Wartka akcja sprawia, że czyta się szybko.

Graficznie album nie odbiega od tego, do czego Papcio Chmiel nas przyzwyczaił. Różnica polega na tym, że wydano go w formacie A4. Kolorowe kadry, większe niż do tej pory cieszą oko i sprawiają, że komiks ogląda się naprawdę przyjemnie. Na niektórych z nich można dostrzec ślady szkiców Papcia, zwłaszcza przy dymkach. Nie przeszkadza to jednak i przy pierwszym czytaniu właściwie się tego nie zauważa, chociaż niektórzy mogą uznać to za niechlujstwo. Warto podkreślić, że dzięki patronatowi „Dziennika” i wydaniu albumu przez Axel Springer Polska jest to jeden z najtańszych Tytusów.

Mimo głosów, że Papcio Chmiel powinien dać sobie spokój z pisaniem komiksów z Tytusem, to z chęcią zobaczyłbym jego dalsze losy. Kolejne historyjki może nie są tak świeże jak dawniej i może nie trafiają do mnie w ten sam sposób, ale nie są złe! Chmielewski po prostu pozostał sobą, a to ja dorosłem. I właściwie jedyną rzeczą, do której się można doczepić jest nietrafiony tytuł.

Dyskusja