Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Doomsday”

Co otrzymamy, jeśli do jednego kotła wrzucimy arturiańskich rycerzy, anarchistycznych punków i podłych polityków, przyprawimy to śmiercionośnymi wirusami, dodamy szczyptę supernowoczesnej broni, parę gadżetów sado-maso i trochę eksplozji? Aby się przekonać, najlepiej obejrzeć najnowszy film Neila Marshalla – „Doomsday”.

Marshall nie może się pochwalić imponującym dorobkiem filmowym. Po raz pierwszy można było o nim usłyszeć w 2002 roku, przy okazji premiery przyzwoitego horroru „Dog Soldiers” (ponoć kultowego w Anglii). Trzy lata później nakręcił „Zejście”. Oba filmy były krwawe, brutalne i kontrowersyjne. I taki też jest „Doomsday”.

W Szkocji wybucha epidemia śmiertelnej choroby, wywoływanej przez wirusa o wdzięcznej nazwie „Kosiarz”. Brytyjski rząd postanawia odciąć ognisko choroby od świata. Na linii starożytnego Wału Hadriana powstaje wysoki na kilkanaście metrów mur, dodatkowo osłaniany przez supernowoczesne systemy obronne. Jedyna brama zostaje zamknięta i zaspawana. A ci, którzy pozostali w Szkocji… cóż, mają pecha.

Mija blisko trzydzieści lat. Świat, w strachu przed wirusem, odwrócił się od Wielkiej Brytanii. W kraju panuje nędza, miasta przemieniły się w slumsy. Pewnej nocy policjanci, przeprowadzając nalot w jednej z na wpół zawalonych londyńskich kamienic, odkrywają tam grupę ludzi zarażonych „Kosiarzem”.

Do akcji musi wkroczyć Eden Sinclair, jedyna osoba, która wydostała się ze Szkocji. Jako mała dziewczynka, ranna w oko, dzięki determinacji matki została wywieziona przez uciekających angielskich żołnierzy. Teraz, posługując się elektronicznym okiem, nowoczesną bronią i efektownymi sztukami walki, obejmuje dowództwo nad oddziałem żołnierzy, którzy w tajemnicy zostają przerzuceni do wyludnionej Szkocji, by spróbować odnaleźć, pozostawionego tam trzy dekady temu na pastwę zarazy, naukowca Kane’a i zdobyć od niego szczepionkę przeciw wirusowi. Mają tylko 48 godzin, później rząd będzie musiał zniszczyć Londyn.

Od tego momentu film ogranicza się w zasadzie do serii pościgów, ucieczek, strzelanin i bijatyk. Oddział wojska przybywa do Glasgow, gdzie wpada w pułapkę miejscowych ocalałych – mamy pierwsze mordobicie. Świstają kule, wybuchają koktajle Mołotowa, ryczą silniki transporterów opancerzonych, ginie około setki osób, a Eden zostaje pojmana przez tubylców. Teraz dopiero mamy okazję im się lepiej przyjrzeć. To anarchiści, punkowcy, kanibale, w sporej części sadyści, w pozostałej – masochiści, wytatuowani, wymalowani, pijani ogniem i przemocą. Przypominają obrazy znane chociażby z „Mad Maxa”, jednak podniesione do potęgi i wzbogacone aż do przesady dodatkowymi rysami, do poziomu parodii.

Oczywiście Eden ucieka z niewoli, po drodze uwalniając uwięzioną przez tubylców dziewczynę, która okazuje się córką Kane’a. Ta prowadzi Eden i ocalałych z zasadzki żołnierzy do siedziby ojca, którą jest… średniowieczny zamek, pełen rycerzy w stalowych zbrojach, zamieszkały przez ludzi jakby żywcem wyjętych z jakiegoś filmu o królu Arturze, na których czele stoi Kane – despotyczny król. Eden nie przypada Kane’owi do gustu i po raz kolejny musi uciekać z więzienia. Tym razem zrobi to dzięki superluksusowemu Bentleyowi, którego znajdzie w opuszczonej podziemnej bazie wojskowej. Pędząc autostradą na południe, ku Anglii, po raz kolejny nadzieje się na punkowców z Glasgow, tym razem zasuwających dziwacznie stuningowanymi samochodami.

Niezłe przemieszanie motywów, prawda? Zupełnie, jakby wziąć taśmy z „Jankesem na dworze króla Artura”, „Mad Maxem”, „Ucieczką z Nowego Jorku”, „Rambo” i jeszcze parę innych, pociąć je, a następnie zmontować kawałki w losowej kolejności, doklejając tylko na kolejnych klatkach postać Eden Sinclair, naprzemian kopiącą przeciwnika, wbijającą mu nóż pod żebro lub bijącą go łomem po głowie.

Czy jednak to całe zamieszanie, ten dziwny kogel-mogel tak różnych elementów, pochodzących z różnych gatunków, źle się ogląda? Oto i najdziwniejsza cecha filmu – wcale nie! Choć widok konnych rycerzy wyjeżdżających nagle z lasu, gdy tylko bohaterka zdołała uciec przed punkami-kanibalami, wywołuje uśmiech na twarzy, film ogląda się przez większość czasu przyjemnie, a nawet z pewnym zainteresowaniem: jak ona wykaraska się z tych tarapatów? A z tych? I jeszcze kolejnych?

„Doomsday” ma słabą fabułę, role napisane są tak, że aktorzy nie mają najmniejszych szans zabłysnąć, muzyka nie przykuwa uwagi – a jednak film wciąga. Ma w sobie coś z tego uroku, który uczynił kultowym „Mad Maxa” i przyniósł sławę „Ucieczce z Nowego Jorku”. To fajerwerk motywów, eksplozja toposów, efektowny groch z kapustą – na swój sposób film w swoim przesycie perwersyjny.

W zasadzie sam nie wiem, jak go ocenić. Jeśli miałbym się posługiwać standardowymi kryteriami, takimi jak jakość fabuły czy gra aktorów, musiałbym doradzać omijanie „Doomsday” jak najszerszym łukiem, może nawet odgrodzenie go od świata jakimś wysokim murem. Film ma jednak w sobie to coś, co sprawia, że mimo ewidentnych słabości ogląda się go przyjemnie. Widz ma wrażenie, że reżyser puszcza do niego oko, że zaprasza do zabawy, do dorzucenia kolejnych, jeszcze bardziej nieprawdopodobnych pomysłów do kotła, do chwycenia za chochlę, zamieszania – i sprawdzenia, co z tego wyjdzie.

Ocena: 6

Tytuł: Doomsday
Tytuł oryginału: Doomsday
Kraj: Wielka Brytania
Data premiery: 2008-03-14 (Świat), 2008-04-11 (Polska)
Czas trwania: 105 minut
Reżyseria: Neil Marshall
Obsada: Rhona Mitra, Bob Hoskins, Alexander Siddig, Craig Conwey, Malcolm McDowell, Nora-Jane Noone

Ocena: 6/5

Dyskusja