Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Incredible Hulk”

„Hulk” z 2003 roku w reżyserii Anga Lee okazał się kasowym niewypałem. Podzielił także zagorzałych fanów Bruce’a Bannera – zyskał bowiem zarówno rzesze przeciwników, jak i grono nowych zwolenników. Sam osobiście wychodziłem z seansu nieco zawiedziony. Dlatego też, gdy na naszych ekranach pojawił się „Incredible Hulk” Louisa Leterriera, długo zastanawiałem się, czy wybrać się do kina. Ostatecznie przeważyła moja wrodzona ciekawość i nie zawiodłem się, bo film okazał się nadzwyczaj udany.

Odkąd naukowiec Bruce Banner znalazł się w bezpośrednim kontakcie substancji radioaktywnych i uległ napromieniowaniu, zawsze podczas silnego stresu przechodzi w niezwykły stan. Przemienia się wówczas w olbrzymiego, zielonego mutanta. Już od pierwszej metamorfozy szuka lekarstwa, które pozwoli mu uwolnić się od tego przekleństwa. Naukowiec jest na najlepszej drodze do znalezienia remedium. Okazuje się jednak, że zielonego stwora planuje schwytać wojsko w celu wykorzystania jego mocy do stworzenia armii superżołnierzy. Banner staje przed wyborem – czy pozostać zwykłym człowiekiem, czy uwolnić potęgę, która tkwi w jego wnętrzu.

„Incredible Hulk” jest przede wszystkim ucztą dla oka. Odpowiedzialny za zdjęcia Peter Menzies wykonał kawał solidnej roboty, prezentując widzom doskonałe obrazy brazylijskich slumsów i sprawnie filmując sceny z wykorzystaniem efektów specjalnych. W parze z dobrymi zdjęciami idzie porządny montaż, stanowiący wszak istotny element tego typu produkcji. Jednak prawdziwym wizualnym majstersztykiem są postacie Hulka i jego filmowego rywala – nigdy wcześniej w ekranizacjach komiksów nie widziałem równie dobrze animowanych monstrów! Hulk oraz przemieniony Blonsky wyglądają doskonale, zaś ich sylwetki idealnie wkomponowują się w pozbawione efektów komputerowych tło.

Gra aktorska stoi na bardzo wysokim poziomie. Film tworzą tak naprawdę trzy osoby – Edward Norton, Liv Tyler i Tim Roth, z niewielką pomocą aktorów drugoplanowych. Edward Norton gra tutaj głównego bohatera i czyni to z charakterystyczną dla siebie lekkością. Wyraźnie widać, że 'czuje' bohatera, w którego przyszło mu się wcielić. Wykreowany przez niego Bruce Banner to osobnik dźwigający na swych barkach ogromne brzemię, jednak nie tracący nadziei na wyzwolenie się ze swej przypadłości. Jego ekranową partnerką jest Liv Tyler, grająca rolę Betty Ross. Mimo iż nigdy specjalnie za nią nie przepadałem, to muszę przyznać, że tym razem Liv wypadła bez zarzutu. Nieco słabiej natomiast prezentuje się Tim Roth jako Emil Blonsky. Fanatyczny żołnierz, zdolny zrobić wszystko w celu uzyskania nadludzkiej potęgi, wydaje się być postacią wprost dla niego stworzoną – jednak Roth tym razem nie powala. Niewiele za to można zarzucić wspomnianym wcześniej aktorom drugoplanowym – niemal wszyscy, z Williamem Hurtem w roli generała Rossa na czele, wypadli niemal bezbłędnie.

Na osobną uwagę zasługują efekty specjalne. Na ich wykonanie przeznaczono spory odsetek z budżetu filmu i trudno było nie zauważyć tego w trakcie seansu. Świetne wybuchy, niszczone przez monstra auta i budynki, a także ziemia trzęsąca się pod krokami Hulka – wszystko to robi doprawdy piorunujące wrażenie, a jeśli dodać do tego wspomnianą już perfekcyjną animację, to mamy do czynienia z prawdziwym wizualnym cudeńkiem. Całość jest oczywiście okraszona dobrą, podkreślającą tempo akcji muzyką oraz dźwiękiem, za który odpowiedzialny jest nie kto inny, jak Michael Babcock.

Czy zatem „Incredible Hulk” ma jakieś wady? Otóż ma. Oglądając film ciężko nie dostrzec kilku nielogiczności w scenariuszu. Wprawdzie są one raczej drobne, jednak zauważalne. Na przykład – bardzo zirytowała mnie Betty Ross, która będąc w związku z mężczyzną, lekarzem psychiatrii, zapomina o nim i nie widzi świata poza Bannerem, gdy tylko ten spotyka się z nią po powrocie do USA. Inny drobiazg, jaki rzucił mi się w oczy po zakończeniu finałowej walki: przeciwnik Hulka – Abomination, który jeszcze kilka minut temu dźwigał auta i był w stanie nimi miotać, niszczył zabudowę miasta i siał ogólne spustoszenie, po zakończeniu walki zwyczajnie nie może się ruszyć. Fakt, że został pokonany, nie ma tu nic do rzeczy, wszak podczas walki wielokrotnie ulegał poturbowaniu, a jednak nie przeszkadzało mu to podnosić się z ziemi i kontynuować starcia. Poza tym, nie oszukujmy się – „Incredible Hulk” to film mający przede wszystkim być rozrywką dla widza, ucztą dla oka, wreszcie – ekranizacją amerykańskiego komiksu o superbohaterze. Ciężko zatem dopatrywać się w nim drugiego dna.

Podsumowując, „Incredible Hulk” dostarczył mi dwóch godzin doskonałej rozrywki. Idąc do kina, miałem nadzieję, że przyjdzie mi zobaczyć lepszy film niż „Hulk” Anga Lee sprzed pięciu lat. I nie zawiodłem się. Dobra gra aktorów, wysokiej klasy zdjęcia i montaż, a także znakomite efekty specjalne i oprawa muzyczna – wszystko to czyni „Incredible Hulk” dziełem wartym obejrzenia. Kto jeszcze nie był w kinie, powinien czym prędzej nadrobić zaległości.

Ocena: 7/10

Tytuł: Incredible Hulk
Tytuł oryginału: Incredible Hulk
Reżyseria: Louis Leterrier
Scenariusz: Edward Norton, Zak Penn
Muzyka: Craig Armstrong
Data premiery: 2008-06-13 (Polska), 2008-06-13 (świat)
Kraj: USA
Czas trwania: 112 minut
Obsada: Edward Norton, Tim Roth, Liv Tyler, Ty Burrell, William Hurt

Ocena: 7/5

Dyskusja