Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Fantasy-post-apo-fiction – recenzja książki „Mroczny Zbawiciel”

Po kilkudziesięciu stronach powieści już wiedziałem, że nie mam do czynieniu ze standardową książką w klimacie „lochów i smoków” czy też „płaszcza i spluwy”, lecz z czymś więcej. Nasuwające się skojarzenia to: Fallout, Arcanum, Shadowrun, mitologia (bardzo szeroko pojęta), Ghost In the Shell, Warhammer, Biblia. Bogato nieprawdaż? Bo taki właśnie jest „Mroczny Mesjasz” Zambocha. Pełen aluzji, symboli, czarów, mrocznych kultów i religii, a z drugiej strony: nowoczesnych technologii, starodawnych maszyn, brutalności, rdzy, zemsty, seksu. Z całą pewnością nie jest to ugłaskana historyjka dla grzecznych dzieci. Każdy wytrawny czytelnik znajdzie tu ciekawe kąski właśnie dla siebie. Zwłaszcza, że wszystko spięte jest niezwykle barwnym i pełnokrwistym językiem czeskiego pisarza.

Rdzeniem i kluczem do zrozumienia przedstawionej historii jest Krach. Atomowa zagłada, która raz na zawsze zmieniła oblicze znanej nam Ziemi. Zginęło wiele ludzkich istnień, ale też pojawiło się sporo nowych, niekoniecznie już zbliżonych do nas. Atomowa Zagłada rozerwała Sfery – równoległe światy pełne astralnych istot: bogów, upiorów, dewów, demonów, czyli całej tej magicznej menażerii, którą znamy z legend i lekcji religii. Na Ziemię powróciły czary. Każdy obok mocnej giwery nosi talizman i zaklęcia, które pomogą mu przeżyć w nowej, niezbyt przyjaznej scenerii. Bogowie i demony toczą swoje odwieczne wojny, upiory przechadzają się ulicami i mają swoje ulubione miasta, a gdzieś w środku znajdują się jak zwykle słabi ludzie oraz R.C.

R.C. to dziwny twór, nie jest łatwo go zrozumieć ani poznać czym jest. Wyglądem przypomina Frankenstine’a (potwora, nie doktora), posiada kilka implantów oraz obdarzony jest dość ironicznym poczuciem humoru. Czasem zachowuje się jak dziecko, nie infantylnie, po prostu bywa prostolinijny – krew wymaga krwi, a winni muszą ponieść karę. Proste zasady. Ktoś nazwał go ostatnim sprawiedliwym, ale moralnie jest to trudne stwierdzenie, o czym przekonacie się już po pierwszym rozdziale książki. Wraz z nim odkrywamy jego zapomnianą przeszłość, próbujemy zrozumieć jego istotę, zarówno tą ludzką, jak i obcą, bo główny bohater jest odmieńcem. Wewnętrznie podzielony, sam miota się w sobie niczym wiedźmin Geralt – człowiek skrywający w sobie bestię, tajemnicę, który często szuka usprawiedliwienia przed samym sobą. Historię poznajemy właśnie jego oczami.

Autor przedstawia nam wycinek z życia na pustkowiach poprzez motyw tułaczki. Wędrujemy po kartach książki, poznajemy strukturę świata, która w miarę czytania staje się bardziej skomplikowana i ciekawa, a R.C. wplątuje się w coraz to nowe kłopoty. Postać ta jest kołem zamachowym powieści, wszystko kręci się wokół niego.

Zamboch wciąż zaskakuje, bo nic nie jest konwencjonalne. Na początku można się zagubić w gąszczu nowych określeń i topo-mixów, dla przykładu: opis karczmy jak z typowej przygody fantasy, pod powałą wędzą się mięsa, na ogniu smaży się prosiak, karczmarz polewa gęstego piwa z brudnych kufli. Po chwili wchodzi postać obwieszona karabinami, pod płaszczem prześwitują cyberwszczepy, siada na ławie, zamawia potrawkę z królika i żeby było ciekawie rzuca zaklęcie rozproszenia, żeby nikt nie zwracał na niego uwagi… Na takich zestawieniach skonstruowana jest cała powieść.

Trudno określić ten typ literatury jaki serwuje nam pisarz. Nazwałbym to fantasy-post-apo-fiction, ale jest to bardzo nieprecyzyjne określenie. Podoba mi się brud i bezpośredniość w opisie świata, łamanie stereotypów światopoglądowych i tych formalnych. Coś na kształt sagi o Mordimerze Madderdine Piekary – wzajemne przekłuwanie się naszych „standardowych” przekonań. Z drugiej strony, obok sfery duchowej, mamy do czynienia z mocnym kryminałem, gdzie nie brakuje krwi, brutalności i seksu. Zemsta, honor, pożądanie i władza – te wartości są ponadczasowe i napędzają nam emocji od lat, to tego właśnie szukamy sięgając po najnowszego Bonda, ale u Miroslava Zambocha – w przeciwieństwie do Fleminga, nie ma czarno-białych bohaterów i nic nie jest oczywiste.

Sam Miroslav Zamboch to absolwent Wydziału Fizyki praskiej Politechniki (specjalność fizyka jądrowa), entuzjasta sportów ekstremalnych, Tolkiena i Franka Herberta. Człowiek z całą pewnością inteligentny i mający pojęcie o szerokim świecie. W swojej powieści zawarł wiele elementów, które rozpalają naszą wyobraźnię: dużo faktów, emocji i czystej fikcji.

Z niecierpliwością czekam na kolejny tom sagi o „Mrocznym Zbawicielu”. Premiera na polskim rynku już za kilka miesięcy, a smutne oczekiwanie osłodzi mi „Bez litości” tego samego autora. Z całą pewnością jest to coś nowego, pewien gatunkowy slash, jednak ten cross-over nie powoduje mdłości, lecz czyta się znakomicie.

Ocena: 8/10

Tytuł: Mroczny Zbawiciel, tom 1.
Autor: Miroslav Zamboch
Seria wydawnicza: Obca Krew
Wydawnictwo:Fabryka Słów
Oprawa: miękka
Data wydania: październik 2008r.
Liczba stron: 312
Cena: 29,99 zł

Dziękujemy wyd. Fabryka Słów za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji.

Dyskusja