Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „28 dni później”

O filmie „28 dni później” było swojego czasu bardzo głośno. Na tyle głośno, że zamierzałem wybrać się na niego do kina. Jednak ta opcja nie wyszła i ostatecznie słynne dzieło Danny’ego Boyle’a trafiło w moje ręce dopiero sześć lat po premierze. Dziś żałuję, że nastąpiło to tak późno, gdyż „28 dni później” to jeden z ciekawszych horrorów, jakie miałem okazję oglądać.

Grupa angielskich obrońców praw zwierząt włamuje się do laboratorium, w którym przeprowadzane są eksperymenty związane z wpływem i działaniem wirusów na żywe organizmy. Uwalniają przetrzymywane w klatkach małpy, nie wiedząc, że zwierzęta są nosicielami groźnego wirusa. Dochodzi do wybuchu epidemii. Po niespełna miesiącu choroba opanowuje cały kraj. W jednym z londyńskich szpitali ze śpiączki budzi się Jim. Nie mogąc odnaleźć się w nowej rzeczywistości, postanawia odszukać innych ocalałych. Wkrótce spotyka Selenę, Marka i Hannah, którzy błąkając się po ulicach Londynu zdołali przeżyć. Wspólnie docierają do bazy wojskowej. Lecz zamiast pomocy, na miejscu odnajdują jedynie dodatkowe kłopoty…

„28 dni później” to przede wszystkim techniczne arcydzieło. Dawno nie widziałem tak dobrze zrealizowanego obrazu. Począwszy od scenariusza, poprzez grę aktorów i scenografię, a na muzyce i pracy kamery skończywszy. Wszystko to pomaga w tworzeniu doskonałego nastroju, który towarzyszy widzowi od pierwszej do ostatniej minuty projekcji. Specyficzna, pełna pesymizmu atmosfera towarzysząca oglądaniu jest tym, co w filmie Boyle’a robi największe wrażenie. Bo jak tu być optymistą, kiedy najbardziej ruchliwe miejsca w Londynie są całkowicie wyludnione, a na ulicach roi się od ludzkich zwłok? Wydaje się, że taki obraz wielomilionowego niegdyś miasta jest wystarczająco uderzający, jednak jakby tego było mało, za każdym rogiem czai się dodatkowe zagrożenie w postaci ludzi zarażonych śmiercionośnym wirusem. Twórcy świetnie oddali atmosferę grozy i niebezpieczeństwa, co zdecydowanie wychodzi filmowi na plus.

W Jima wcielił się Cillian Murphy, znany później z takich filmów jak „Batman: Początek” czy „W stronę słońca”. Zagrał całkiem nieźle, jednak średnio spodobała mi się przemiana, jaką przeszedł odgrywany przez niego bohater od przebudzenia aż po dotarcie do bazy wojskowej. Początkowo Jim był nieśmiałym, zakompleksionym chłopcem, a w ostatnich trzydziestu minutach filmu, zmienia się w superbohatera, samodzielnie przeciwstawiającego się doskonale wyszkolonym żołnierzom. Uważam to za jeden z poważniejszych minusów „28 dni później”. Wracając jednak do gry aktorskiej – dobre wrażenie zrobiła na mnie Naomie Harris, wcielająca się w postać Seleny. Swoją bohaterkę odegrała niemal bezbłędnie. Warto zauważyć, że przed wystąpieniem w „28 dni później” Naomie miała za sobą role w zaledwie kilku niezbyt znanych produkcjach, natomiast od roku 2002 do dziś pojawiła się w kilkunastu nowych filmach, z „Piratami z Karaibów” na czele. Ogólnie rzecz biorąc, gra Naomie Harris i Cilliana Murphy stoi na bardzo wysokim poziomie. Podobnie zresztą jest z odtwórcami ról drugoplanowych. Każdy z aktorów wykonał swoją część pracy niemal perfekcyjnie.

Czynnikiem dodatkowo wpływającym na nastrój podczas oglądania, jest dobrze skomponowana muzyka. Czasem melancholijna i spokojna, czasem przybierająca cięższe tony. Odpowiedzialni za nią są John Murphy – mający wcześniej doświadczenie w produkcjach takich jak „Miecz ostatniej szansy” czy „Przekręt” – oraz zespół „God Speed You Black Emperor”. Generalnie, oprawa muzyczna stoi na odpowiednio wysokim poziomie. Spełnia swoje podstawowe zadanie, podkreślając nastrój w odpowiednich scenach i budując u widza napięcie, jednak nie jest na tyle dobra, bym pokusił się o zakup ścieżki dźwiękowej. Ot, ludzie odpowiedzialni z muzykę zrobili to, co do nich należało – ale nic ponadto.

„28 dni później” to także świetna scenografia. Na uwagę zasługują przede wszystkim wspomniane przeze mnie już wcześniej, opustoszałe ulice Londynu. Czegoś podobnego nie widziałem na szklanym ekranie już od bardzo dawna. Miejsca znane do tej pory tylko z telewizyjnych reportaży, zazwyczaj tętniące życiem, pełne ludzi, w „28 dni później”, wskutek zarazy, stały się całkowicie opustoszałe. Na dawną świetność miasta wskazywały jedynie nietknięta architektura, tysiące stojących bezładnie na ulicach aut, oraz porozrzucane dookoła zwłoki mieszkańców. Takiego widoku się nie zapomina. Mniej piorunujące, choć ciągle bardzo pozytywne wrażenie sprawia wojskowa baza. Tak naprawdę jest to bowiem silnie obwarowana, wielka posiadłość, niegdyś z pewnością należąca do jakiegoś angielskiego lorda. Z miejsca całkowicie nieprzystosowanego do obrony, żołnierze uczynili prawdziwą twierdzę.

Zabierając się za „28 dni później” byłem przekonany, że przyjdzie mi zobaczyć coś w stylu ambitniejszej wersji „Ziemi Żywych Trupów”. Spodziewałem się tłumów zombie maszerujących na żołnierzy i przedzierających się przez ludzkie linie obrony. Dostałem jednak coś zupełnie innego. Zarażeni w „28 dni później” to nie zombie. Wirus przenosi się przez ugryzienie bądź połknięcie krwi chorego. Wówczas w ciągu kilkunastu sekund w organizmie ofiary zachodzą nieodwracalne zmiany. Zarażony czuje niepohamowany głód, a jego oczy przybierają czerwoną barwę. Nie porusza się mozolnie jak typowy zombie. Wręcz przeciwnie – wirus sprawia, że ofiara staje się nadzwyczaj zręczna. Ogólnie rzecz biorąc, zaproponowana przez twórców filmu wizja zarazy oraz samych zarażonych jest dość innowacyjna i jeśli powiela schematy z podobnych produkcji, to tylko w niewielkim stopniu. Wbrew moim oczekiwaniom, w „28 dni później” nie ma spektakularnych bitew ocalałych ludzi z tłumami wlokących się jeden za drugim zombich. Tak naprawdę zarażeni pojawiają się na ekranie zaledwie parę razy.

„28 dni później” to jeden z ciekawszych filmów, jakie dane mi było ostatnio oglądać. Doskonale zrealizowany, porusza poważną tematykę, jaką są epidemie i niebezpieczeństwo ich rozprzestrzenienia się jej we współczesnym świecie. Co ważne, podchodzi do tej tematyki zupełnie serio. Przedstawia ją na tyle poważnie i przekonywająco, że niejednego widza zmusi do przemyśleń. Wszystkim, którzy jeszcze nie widzieli dzieła Danny’ego Boyle’a, radzę czym prędzej nadrobić zaległości.

Ocena: 9/10

Tytuł: 28 dni później
Tytuł oryginału: 28 days later
Reżyseria: Danny Boyle
Scenariusz: Alex Garland
Muzyka: John Murphy, God Speed You Black Emperor
Data premiery: 2003-05-30 (Polska), 2002-11-01 (świat)
Czas trwania: 113 minut
Kraj: Francja, Holandia, USA, Wielka Brytania
Obsada: Naomie Harris, Cillian Murphy, Megan Burns, Brendan Gleeson, Noah Huntley

Ocena: 9/5

Dyskusja