Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Na pograniczu fantastyki i SF – recenzja książki „Zamek Lorda Valentine’a”

W ciągu ostatniego półrocza polski czytelnik miał okazję poznać kilka nowo wydanych powieści Roberta Silverberga. Teraz ma szansę poznać dzieło, dzięki któremu autor zyskał rozgłos na całym świecie. Pierwszy tom z cyklu o planecie Majipoor: „Zamek Lorda Valentine’a” po raz drugi ukazał się w Polsce.

Olbrzymią planetę Majipoor, która jest kilkukrotnie większa od Ziemi, zasiedlili w odległej przeszłości koloniści z naszej planety. Spotkali oni przedstawicieli rdzennej rasy. Nazwali ich Metamorfami, a to dzięki temu, że ci mogą swobodnie zmieniać kształty. Wywołuje to fale przerażenia i nieufności wśród ludzi. W wyniku przegranej wojny Zmiennokształtni zmuszeni zostają do zamieszkania w wydzielonych rezerwatach. Z czasem na Majipoor przybywają przedstawiciele innych ras: maleńcy Vroonowie, czteroręcy Skandarzy czy gruboskórzy Hjorowie. Niektóre z tych istot posiadają niesamowite umiejętności, umożliwiające im paranie się magią.

Głównym bohaterem powieści jest człowiek imieniem Valentine. Nie pamięta on nic ze swojej przeszłości. Po prostu pewnego dnia budzi się w pobliżu miasta Pidruid. Kwestia przyszłości także nie spędza mu snu z powiek. Niewiele brakuje mu do szczęścia. Wspólna wędrówka z trupą żonglerów w zupełności mu wystarcza. Na dodatek jego nauczycielką żonglerki zostaje piękna i młoda Carabella, co zdaje się być spełnieniem jego marzeń. Jednak taka idylla nie może trwać długo. W snach Valentine’a pojawiają się przerażające przesłania, z których jasno wynika, że przeznaczenie upomina się o niego. Planecie Majipoor zagraża niebezpieczeństwo. Wszystko wskazuje na to, że tylko nasz bohater może temu zapobiec.

Nurt fabuły skupia się na poszukiwaniu przez Valentine’a swej przeszłości, a co za tym idzie – jego prawdziwej tożsamości. Ustalenie tych faktów okazuje się bowiem kluczowe dla przyszłości planety. Aby tego dokonać, mężczyzna zwiedzi kawał świata, przeżywając po drodze wiele niesamowitych przygód. Niestety, schematy wielu z nich są uderzająco do siebie podobne. Valentine za każdym razem, dosłownie w ostatniej chwili, ratuje całą sytuację, nawet w momentach, kiedy wydaje się, że stracił już swoich przyjaciół na zawsze.

Podróż to jednak nie tylko przygody o niesłychanych zwrotach akcji. Autor umieścił w swojej historii wiele głębokich przemyśleń i alegorii, dotyczących świata realnego dla czytelnika. Robert Silverberg wykreował świat bogaty w cuda i obrazujący różnorakie podejścia do życia. Doskonale widać to w postawie głównego bohatera. Valentine wie, że agresją nie ziści swoich planów. Przesadnie wręcz stara się unikać walki, choć to nie zawsze jest możliwe.

Mężczyzna łatwo zyskuje przyjaciół w trupie żonglerskiej, nie tylko w osobie młodego chłopca stajennego, Shanamara. W grupie znajduje się wiele ciekawych charakterów. Jednym z nich jest czteroręki przedstawiciel rasy Skandarów: Zelzan Koval – przywódca zespołu, który może w swych rządach wydawać się bardzo oschły, ale jest także i sprawiedliwy.

W powieści jest także wiele innych ciekawych wyróżników. Warto się przyjrzeć ustrojowi politycznemu Majipooru. Nad planetą sprawują władzę siły, które muszą znajdować się w ciągłej równowadze. Od wielu długich lat istnieje Pontifexeks. W jego imieniu rządzą Koronalowie. Istnieją także dwa byty, których manifestacja sprowadza się głównie do zsyłania sennych wizji. To dobroduszna Pani Wyspy oraz ten, przed którym wszyscy czują lęk: Król Snów.

Nie tylko obecność tych dwóch ostatnich sprawia, że granica między fantastyką, a sciencie-fiction zdaje się zacierać. Autor na przykład bardzo zdawkowo potraktował rolę techniki. Na Majipoorze nie ma statków powietrznych. Jedynym źródłem lokomocji są wozy i wierzchowce. I choć te pierwsze to unoszące się nad ziemią poduszkowce, to i tak muszą być ciągnięte przez zwierzęta. Życie mieszkańców przypomina bardziej to rodem ze średniowiecznego fantasty niż wizję dziejącą się w dalekiej przyszłości.

„Zamek Lorda Valentine’a” to powieść bardzo wciągająca. Można ją śmiało traktować nie tylko jako powieść sciencie-fiction ale i jako historie przygodową. Mimo swych obszernych rozmiarów, pierwszy tom cyklu o Maijpoorze czyta się bardzo lekko i bez większych problemów. Nie jest to może pozycja dobra dla tych, którzy nie znają jeszcze prozy Roberta Silverberga, jednak gdy pozna się już trochę jego dorobku, warto sięgnąć i po tę książkę.

Ocena: 4/5

Dyskusja