Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Anioły i Demony”

Nie jestem zapalonym fanem prozy Dana Browna, chociaż przeczytałem jego dwa najgłośniejsze dzieła, czyli „Kod Leonarda Da Vinci” oraz „Anioły i Demony”. Niewątpliwie olbrzymi komercyjny sukces tych powieści („Kod…” sprzedano w nakładzie ponad 60 milionów sztuk, a „Anioły i Demony” w prawie 40 milionach sztuk), sprawił, że świat zainteresował się tym, co ukryte, symboliczne i związane z mrokami chrześcijaństwa. Powstało mnóstwo książek i publikacji krążących wokół tego tematu i oczywistym się stało, że Dan Brown zarobi jeszcze raz, odsprzedając prawa autorskie do wytwórni filmowej, a nasze oczy zobaczą wszystko na srebrnym ekranie. W roku 2006 swoją premierę miał „Kod Da Vinci”, a trzy lata później, dokładnie 15 maja 2009, do polskich kin trafiły „Anioły i Demony”.

Udając się z żoną na seans, dokładnie wiedzieliśmy czego mamy się spodziewać. Film sprzed trzech lat podobał nam się, mieliśmy więc zaufanie do sprawdzonej już w boju ekipy z Ronem Howardem (reżyseria) i Tomem Hanksem (odtwórca roli Roberta Langdona) na czele. Nasze oczekiwania zostały spełnione niemal w całości.

Fabuła jak na adaptację przystało, oczywiście koresponduje z książkowym pierwowzorem, a nad scenariuszem czuwał sam Brown, dając też liczne wskazówki reżyserowi, by jak najwierniej przekazać widzom treść oryginału. Mamy tu do czynienia z bardzo dosłownym i dokładnym przekładem, jako czytelnik nie mogę zarzucić twórcom niespójności. Pewne uproszczenia i skróty wpisane są w samą specyfikę procesu adaptowania, film ma przecież ograniczenia czasowe i budżetowe, które nie mogą być przekroczone, lecz w tym wypadku, główny wątek pozostał prawie niezmieniony. Wątki poboczne zredukowano do minimum.

Robert Langdon (Hanks), uznany autorytet z dziedziny symboliki na Uniwersytecie Harvardu, zatwardziały ateista, zostaje poproszony przez przedstawiciela Watykanu o pomoc, w rozwikłaniu pewnej bardzo poważnej sprawy. Kilka dni wcześniej zmarł papież, a po uroczystościach pogrzebowych, kardynałowie z całego świata zgromadzili się w Kaplicy Sykstyńskiej na konklawe, celem wybrania nowego przywódcy Kościoła Katolickiego. Niestety, ktoś porwał czterech z nich i grozi, że co godzinę będzie jednego mordował w niezwykle okrutny sposób. Porywaczem okazuje się przedstawiciel Iluminatów (Oświeconych), tajnej organizacji, która od wieków starała się wiedzą i nauką zwalczać dogmatyzm Kościoła.

Jednak to nie wszystko, z genewskiego laboratorium CERN, gdzie pracowano nad tajnym projektem z użyciem Wielkiego Zderzacza Hadronów, skradziono antymaterię, a konsekwencje jej niepowołanego użycia byłyby katastrofalne. Oczywiście domyślacie się w czyje ręce się dostała, Iluminaci ogłosili, że o północy zrównają Watykan i połowę Rzymu z ziemią. Zaczyna się wyścig z czasem, Robert Langdon, mając u boku ponętną panią naukowiec i armię żandarmów, stara się za wszelką cenę uratować mędrców i nie doprowadzić do tragedii całego miasta. W sytuację dodatkowo wtajemniczeni są kardynałowie oraz Camerlingo – młody ksiądz (Ewan McGregor), który według tradycji pełni formalną funkcję zastępcy papieża, dopóki konklawe nie ogłosi nowego. Pikanterii dodaje fakt, że pośród najbardziej zaufanych osób jest zdrajca.

Film, podobnie jak książka, pełen jest historycznych ciekawostek ze świata religii i sztuki, co czyni go właśnie tak atrakcyjnym dla odbiorcy. Osadzenie akcji w otoczeniu niemalże magicznej symboliki, dzieł takich mistrzów jak Bernini, Michał Anioł czy Galileusz, zdecydowania porusza wyobraźnię. Jeżeli dołożymy do tego szczyptę humoru, dynamiczne pościgi, strzelaniny i krew, to otrzymamy gotowy przepis na hit. O dziwo, nie znajdziemy tu żadnej sceny o zabarwieniu seksualnym, erotycznym prędzej, ale w niezwykle dyskretny i zakamuflowany sposób. Po prostu można wyczuć chemię między postaciami profesora i pani naukowiec, co kładę na karb bardzo dobrej gry aktorskiej.

Skoro o tym mowa, to należy pogratulować perfekcyjnego doboru aktorów. Szczególnie mocno błyszczy Hanks, który perfekcyjnie wczuwa się w rolę Langdona, ale to dla Ewana McGregora przyznałbym Oskara za rolę Kamerlinga, wystąpił naprawdę świetnie, szkoda, że scen z jego udziałem jest niewiele. Natomiast Ayelet Zurer jako Vittoria Vetra z genewskiego instytutu fizyki nie zachwyca. Automatycznie nasuwa się porównanie z Audrey Tatou, która grała pierwsze skrzypce w „Kodzie Da Vinci” i trzeba

powiedzieć, że Tatou wypada w zestawieniu znacznie lepiej. Zawsze kiedy piszę o poziomie gry aktorskiej, jest mi ciężko. Względnie obiektywna ocena jest trudna, bo zazwyczaj aktor, którego znamy z wielu produkcji, będzie wydawał nam się lepszy, od takiego, którego widzimy pierwszy czy drugi raz. To tak jak z utworami muzycznymi, im dłużej ich słuchamy, tym bardziej nam się podobają – jest to znane w psychologii społecznej zjawisko. Na szczęście sprawy techniczne można ocenić o wiele precyzyjniej, chociaż tutaj również opieramy się o indywidualne preferencje (dotyczące np. muzyki, scenografii, czy efektów specjalnych).

Hans Zimmer tworzy muzykę do filmów od ponad dwudziestu lat. Współpracuje z największymi ludźmi w branży: Steven Spielberg, Ridley Scott, Christopher Nolan, Michael Bay… można się kłócić, czy akurat reżyser „Transformersów” (Bay) jest jednym z tych największych, ale z pewnością Zimmer to numer jeden (numer dwa to moim zdaniem Alan Silvestri). Za muzykę do „Kodu Da Vinci” dostał nominację do Złotego Globu, a podobny sukces wróżę mu również w tym przypadku. Dźwięki, sączące się z głośników, to dosłownie i w przenośni melodia dla spragnionych serc i uszu. Kompozycje ułożone są po mistrzowsku, dodatkowo potęgując nasze doznania wizualne. Wprawdzie nie jest to dzieło tak wybitne jak album do „Gladiatora” (nominacja do Oskara 2001, zdobyty Złoty Glob 2001), lecz z pewnością bardzo dobre, również do posłuchania osobno.

Wielkie wyrazy szacunku należą się ludziom od scenografii. Dokonali oni bowiem rzeczy niezwykłej. Twórcy „Aniołów…” nie otrzymali pozwolenia na kręcenie scen w Watykanie, więc dla potrzeb filmu zbudowali Plac Świętego Piotra w skali 1:1. Również kilka kościołów nie udostępniło swoich komnat, więc technicy musieli tworzyć ogromne makiety. Większość z tych obiektów została fizycznie wybudowana, grafikom komputerowym oddając jedynie dopracowywanie szczegółów. Nawet nie pytam jakie koszty to pochłonęło, ale inwestycja zwróciła się już po pierwszym tygodniu.

Człowiekiem, który z sukcesem ogarnął całe przedsięwzięcie, jest Ron Howard. Jego nazwisko może nie wzbudza takich wypieków jak wspomniani wcześniej tuzowie kinematografii, natomiast patrząc na jego dorobek jako reżysera, jestem miło zaskoczony. Pamiętacie baśń z lat osiemdziesiątych o niepokornych karzełkach? Nie chodzi mi tu bynajmniej o trochę przereklamowanych hobbitów, lecz o piękny film fantasy z Valem Kilmerem w roli głównej – „Willow”. Gdyby nie Howard, obraz nigdy by nie powstał, a dla ludzi z mojego pokolenia „Willow” jest tym, czym dla dzieci z lat ’90 jest „Władca Pierścieni” Jacksona. Z innych, bardziej współczesnych dzieł artysty, warto wspomnieć „Piękny umysł”, za którego w 2002 roku otrzymał Oskara w głównej kategorii, czyli za najlepszy film.

„Anioły i Demony” to dobry film. Z pewnością nie monumentalny czy wybitny, ale zdecydowanie miło się go ogląda. Ponad dwie godziny seansu upłynęło mi przyjemnie i niepostrzeżenie, a wobec typowo hollywoodzkiej produkcji większych oczekiwań nie mam. Dodatkowy plus dla fanów młodego Obi-Wan Kenobiego, czyli Ewana McGregora, który powtórzę jeszcze raz, zagrał wyśmienicie. Dodając poruszającą muzykę i kreację Toma Hanksa – marsz do kina!

Ocena: 8/10

Tytuł: Anioły i Demony
Tytuł oryginału: Angels and Demons
Reżyseria: Ron Howard
Scenariusz: Akiva Goldsman, Dan Brown
Muzyka: Hans Zimmer
Czas trwania: 138 minut
Data premiery: 2009-05-15 (Polska), 2009-05-13 (Świat)
Kraj: USA
Obsada: Tom Hanks, Ayelet Zurer, Ewan McGregor, Stellan Skarksgard, Pierfrancesco Favino

Ocena: 8/5

Dyskusja