Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

O rzezimieszku wojującym z klerem – recenzja książki „Herezjarcha”

Jacek Komuda to jeden z najpopularniejszych polskich pisarzy fantastyki. Wychodzące spod jego pióra pełne przygód opowieści o szlachcicach, warchołach i rzezimieszkach siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej, cieszą się dużym wzięciem wśród czytelników. Także i ja zaliczam się do miłośników jego prozy – dlatego wieść o premierze „Herezjarchy” przyjąłem z dużym entuzjazmem.

Najnowsze dzieło Jacka Komudy nie traktuje jednak o Rzeczpospolitej szlacheckiej. Akcja zamieszczonych w „Herezjarsze” opowiadań toczy się przede wszystkim we Francji i to nie w siedemnastym, a mniej więcej w połowie piętnastego wieku. Bohaterem wszystkich czterech obszernych utworów jest Villon – francuski poeta i łotrzyk, imający się różnorodnych zajęć, które jednak rzadko mają cokolwiek wspólnego z panującym prawem.

Czytelnik poznaje Villona jako paryskiego sutenera, choć na kartach „Herezjarchy” stanie się on na jakiś czas pomocnikiem kata, dotrze też też do klasztoru Mont Saint-Maurice jako agent biskupa, a na domiar tego, zawędruje na terytoria władanej przez Kazimierza Jagiellończyka Rzeczypospolitej. Villon jest ciekawym bohaterem, choć autor zbyt mały nacisk położył na przedstawienie czytelnikowi jego osobowości. Rzecz jasna, poznaje się ją w pewnym stopniu na podstawie podejmowanych przez niego decyzji i działań, to jednak nie wystarczy. Można odnieść wrażenie, że to nie jego losy są w opowiadaniach Komudy najważniejsze i że tak naprawdę Villon jest jedynie narzędziem, za którego pośrednictwem autor stopniowo prowadzi nas do rozwiązania fabuły.

Zaprezentowane w książce cztery opowiadania prezentują bardzo wysoki poziom. Pierwsze z nich nosi tytuł „Pan z dębiny” i, jak wspomniałem wyżej, przedstawia nam Villona jako opiekuna paryskich prostytutek. Pewnego razu dwie z nich znikają bez śladu. Sutener wszczyna więc śledztwo, mające na celu odnalezienie ich. Trop prowadzi do uwielbianego przez wiernych prałata, który podobno nigdy nie opuszcza murów świątyni. Do wszystkiego dołącza się Angelin, miejscowy niemowa, oraz kilkuletni złodziejaszek imieniem Crochet. „Pan z dębiny” to niewątpliwie najlepsze opowiadanie ze zbioru – porywające, obfitujące w nieoczekiwane zwroty akcji, z zaskakującym i nietypowym zakończeniem, a przede wszystkim świetnym pomysłem na to, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz świątynnych murów.

Drugi z utworów to tytułowy „Herezjarcha”. Villon, cudem unikając śmierci na stryczku, najmuje się u miejscowego kata w charakterze pomocnika. Do małodobrego co jakiś czas przybywa tajemniczy, zamaskowany jegomość, który najmuje go do torturowania coraz to kolejnych, okaleczonych już wcześniej ofiar. Zastanawiając się, kim tak naprawdę są przywożeni nieszczęśnicy, Villon wraz ze swym opiekunem próbuje tego dociec. Wszelkie poszlaki wskazują na heretyków, należących do sekty katarów. Tytułowe opowiadanie, podobnie jak pierwsze, stoi na bardzo wysokim poziomie. Motyw z wyniszczonym przed wieloma laty ruchem heretyckim, a także pełna zwrotów fabuła, czynią to opowiadanie niemal równie dobrym, co „Pan z dębiny”.

Słabszym punktem zbioru okazał się utwór „Danse macabre”. Będąc w podróży, Villon zatrzymuje się w polskim miasteczku. Okazuje się ono jednak całkowicie opuszczone. Dopiero po dłuższej eksploracji łotrzykowi udaje się napotkać kilka żywych dusz. Podobno mieszkańcy udali się z miejscowym duchownym palić heretyczki. Tymczasem wracają oni do miasta, jednak całkowicie odmienieni – jako żywe trupy, żądne krwi i nieświadome nawet swego istnienia. Villon, wraz z kilkoma napotkanymi towarzyszami, zostaje osaczony przez dziesiątki splugawionych mieszkańców. „Danse macabre” z całą pewnością nie jest utworem złym, jednak na tle pozostałych zamieszczonych w książce opowiadań wypada raczej blado. Autor miał ciekawy pomysł, jednak w miarę przewracania kartek w „Danse macabre” coraz więcej jest uganiania się za strzygoniami, co na dłuższą metę staje się dla czytelnika męczące.

Na szczęście w kończącym zbiór opowiadaniu „Klasztor i morze” Komuda wraca do formy z pierwszych dwóch utworów. Villon jako agent biskupa przybywa tu do klasztoru Moint Saint-Maurice, a jego zadaniem jest odszukanie informacji na temat śmierci jednego z braci, znanego pod imieniem Faustyn. To, do czego dojdzie podczas prowadzenia śledztwa, przejdzie jego najśmielsze oczekiwania. „Klasztor i morze” to utwór dobrze napisany i rozplanowany, z ciekawie rozwijającą się fabułą i równie dobrym zakończeniem.

Niewątpliwie największym atut prozy Komudy bierze się z jego niewyczerpanej, zdaje się, wyobraźni. Opowiadania zawarte w „Herezjarsze” opierają się przede wszystkim na doskonałych, nietuzinkowych pomysłach. I nawet jeśli cierpią na tym czasem kreacje postaci, to i tak pasjonująco rozwijająca się fabuła utworów, a także lekki, przystępny styl autora, czynią jego opowiadania zdecydowanie godnymi polecenia.

Dobrze spisało się także wydawnictwo Fabryka Słów, publikując książkę z niewielką ilością jakichkolwiek błędów, a także okraszając ją świetnymi ilustracjami Dominika Brońka. „Herezjarcha” mieści się na trzystu czterdziestu czterech stronach, a wydawca życzy sobie za nią trzydziestu złotych bez grosza.

Reasumując, „Herezjarcha” to bardzo udane dzieło Jacka Komudy, nawet jeśli autor nie ustrzegł się przed kilkoma drobnymi niedociągnięciami. Lektura opowiadań o Villonie wciąga, a książka nie pozwala odłożyć się na półkę przed dobrnięciem do ostatniej strony. Nie przesadzę, orzekając, że „Herezjarcha” to pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika fantastyki historycznej.

Ocena: 8/10

Tytuł: Herezjarcha
Tytuł oryginału: Herezjarcha
Autor: Jacek Komuda
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 344
ISBN: 83-7574-006-6
Cena: 29,99zł

Dyskusja