Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wróg ma wiele twarzy – recenzja książki „Zaginiona Flota-Waleczny”

Wybudzony ze stuletniej hibernacji John „Black Jack” Geary podejmuje się misji doprowadzenia okrętów sojuszu do domu, zanim wrogie jednostki światów Syndyku zetrą je w pył. W dotychczasowych tomach cyklu o Zaginionej Flocie, wrogowie z którymi przychodziło walczyć Johnowi, byli całkowicie anonimowi. Teraz zaczynają zyskiwać twarz.

Syndycy to w końcu ludzie, którzy też odczuwają emocje i wykazują różnorakie cechy charakteru. Do tej pory byli całkowicie bezbarwni, czytelnik poznawał ich tylko i wyłącznie dzięki subiektywnym wypowiedziom bohaterów stojących po stronie sojuszu. Nie posiadają jednak tylko, jak można by wnioskować z tychże relacji, negatywnych cech: jak pazerność czy wyniosłość. Są wśród nich i tacy, którzy kierują się w swoich poczynaniach dumą, czy rozsądkiem.

Kwestia istnienia innych, zamieszanych w konflik rozumnych ras jest już pewna. Nie wiadomo jednak, czy jest to tylko jedna nacja czy jest ich więcej. Sprawa ta jest bardzo intrygującym wątkiem dla czytelnika.

Syndycy to wrogowie walczący jawnie z Sojuszem. Walka z nimi jest walką łatwą, bo otwartą. O wiele trudniej przedstawia się sprawa, gdy chodzi o potyczkę z wrogiem ukrytym – wewnętrznym. Ktoś zaczyna sabotować poczynania floty, a wraz z rozwojem fabuły spisek ten nabiera na sile. Innym problemem jest to, że niezadowoleni z faktu, iż flotą dowodzi żywa legenda, niektórzy oficerowie pragną jak najszybszej detronizacji. Geary zdaje sobie jednak doskonale sprawę, że aby flota cało wróciła do domu, koniecznie musi utrzymać ją w całości.

Bardzo eksponowane w poprzednich tomach starcia w przestrzeni kosmicznej, schodzą na dalszy plan. Po raz pierwszy zdarza się, że przebieg bitwy nie zgadza się z zaplanowanymi wcześniej przez Black Jacka działaniami. Bohater zaczyna coraz bardziej odczuwać przemęczenie, wynikające ze stresu posiadania władzy i konieczności odpowiedzialnego dowodzenia i po raz pierwszy decyduje się obciążyć odrobiną obowiązku podwładnych.

Typowym dla space opery jest to, że na tle głównych wątków przedstawione są także rozterki uczuciowe i przemyślenia głównego bohatera. Te nie dotyczą tylko ważnych dla Garego kobiet: z panią kapitan Desjani i panią współprezydent Rione, z którą łączy go romans. Komodora trapi coś znacznie poważniejszego: co zrobi, jeśli naprawdę uda mu się powrócić do przestrzeni sojuszu? Czy przywitają go tam z otwartymi rękami? Czy ma jeszcze prawo nazywać to miejsce domem? Miejsce, którego nie dane mu było odwiedzić przez ponad wiek.

Literacki warsztat Campbella nadal prezentuje się na naprawdę dobrym poziomie. Choć można by początkowo zarzucić, że „Waleczny”, jako czwarty tom serii, może wiele do niego nie wnieść i jest tylko sztucznym przedłużeniem cyklu, to po zagłębieniu się w karty tej powieści można śmiało stwierdzić, że jest odwrotnie. Dialogi nadają wiele dynamizmu fabule, a książkę, mimo że ponad pięciuset stronicową, czyta się bardzo szybko i z przyjemnością. Autor, niestety, nie unika czasami powtórzeń pewnych informacji, które zawierały już poprzednie części cyklu. Przecież czytelnik, zaznajamiający się z książkami chronologicznie, nie potrzebuje dowiadywać się po raz kolejny o takich rzeczach jak na przykład wywód o określaniu kierunków w przestrzeni kosmicznej.
Czytając uważnie można natknąć się na jeszcze jeden minus. W tej części cyklu zdarza się naprawdę wiele literówek, a czasem nawet można trafić i na powtórzenia takich wyrazów w jednym zdaniu. To może nieznacznie zmniejszyć radość, wynikającą z płynnej lektury.

Te dwa drobne niedociągnięcia, nie wpływają na ogólną ocenę książki. Po zakończeniu lektury, można mieć nadzieje, że wydana w oryginale w kwietniu tego roku piąta część, trafi do rąk polskiego czytelnika jak najszybciej i przyniesie ona rozwiązania przynajmniej kilku trapiących Johna Garego problemów.

Dyskusja