Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wyjście z więzienia do wszechświatów równoległych – recenzja książki „Nacja”

To prawda – Świat Dysku jest cudowny, ale kolejne przygody strażników Ankh-Morpork, Rincewinda, magów czy wiedźm, powoli zaczęły nużyć. Nie chodzi o to, że nie są one zabawne, albo że są nudne. Nawet jeśli wśród najnowszych opowieści ze Świata Dysku trafi się słabszy tytuł, wciąż jest to świetna lektura. Dało się jednak odczuć swego rodzaju zmęczenie materiału: powtarzające się schematy, ci sami bohaterzy, podobne żarty i dowcipy. Z drugiej strony, tego właśnie od Pratchetta się oczekuje: więcej tego samego. W tym sensie „Nacja” zaskakuje. To nie jest opowieść ze Świata Dysku. To jednak wspaniała historia, przeznaczona dla młodego czytelnika. I chyba najlepsza książka, jaką Terry do tej pory napisał.

„Nacja” wpisuje się w nurt opowieści przygodowych w stylu „Robinsona Crusoe”, „Księgi Dżungli” czy „Dzieci kapitana Granta”. Akcja książki przenosi czytelnika na tropikalną wyspę na Wielkim Południowym Oceanie Pelagialnym – odpowiedniku naszego Pacyfiku na alternatywnej Ziemi. Bohaterem jest nastoletni Mau, który jako jedyny ze swojego plemienia przetrwał tsunami. W jakiś sposób będzie musiał ułożyć sobie życie na nowo, dbając przy tym o inne osoby, które przetrwały kataklizm i które z czasem trafią na wyspę. Sytuacji chłopca zdecydowanie nie poprawia fakt, że fala przerwała rytuał inicjacji, dzięki któremu miał się stać mężczyzną. Niektórzy z ocalałych traktują przez to Mau jak demona. No i jest jeszcze dziewczyna – Daphne, przyszła królowa brytyjska, a póki co rozbitek. Na horyzoncie wkrótce pojawią się też kanu z ludożercami. A wszystko to w czasach przypominających epokę wiktoriańską z Anglią jako potęgą kolonialną, królami, guwernantkami i pruderyjnymi konwenansami.

Dzięki rezygnacji z uniwersum Świata Dysku opowieść nabrała świeżości i polotu. „Nacja” na nowo ukazuje Pratchetta jako pisarza. Niewiele jest tu cynika i ironicznego komentatora naszej rzeczywistości. Mało tu czarnego humoru, choć i on się pojawia. Sir Terry, choć obecny w każdym zdaniu, bezpośrednio pojawia się rzadko, chowając się za swoimi bohaterami w stopniu dużo większym niż w poprzednich książkach. Wciąż jednak sporo tu przemyśleń, spostrzeżeń i prawd, z którymi trudno polemizować. Sam autor robi to zresztą za nas, nie wyznaczając tego, co jest prawdziwe i która opinia jest słuszna, zostawiając ocenę czytelnikowi. Jedynie na końcu książki wskazuje na własne przekonania.

Zderzenie różnych wartości jest wielką zaletą książki. Na naszych oczach ścierają się ze sobą porządek i chaos, przyszłość i tradycja, młodość i starość, życie i śmierć. Nie bez znaczenia jest tu spotkanie dwóch cywilizacji: kolonialnej, wysoko rozwiniętej Anglii i plemiennej społeczności „dzikusów”. Pojawi się również spór o to, czy bogowie istnieją, czy są wymysłem człowieka i czy wiara jest komukolwiek potrzebna. Najważniejsze są jednak pytania, które zadaje Mau: dlaczego świat jest niesprawiedliwy i jakie jest jego miejsce w tym świecie. Mnogość problemów sprawia, że książkę można czytać nie tylko jako wspaniałą, przygodową historię, ale i jako opowieść o współczesnym człowieku. Wielopłaszczyznowość zapewnia jej ponadczasowy charakter i, mam nadzieję, długie życie.

Czytając „Nację”, nie sposób nie zwrócić uwagi na bohaterów – zwykłych ludzi w niezwykłej sytuacji. Ludzi, którzy pomimo tego, że ich świat „wywrócił się do góry nogami”, żyją dalej. Piękno tej książki polega właśnie na tym, że nie ma w niej wyrafinowanej intrygi. Jest życie, jest śmierć i prawdziwe relacje między ludźmi i ich motywacje. Jest tu też ukazana codzienność, a właściwie próby powrotu do niej po niecodziennych wydarzeniach. Choć fabuła rozgrywa się w alternatywnej rzeczywistości, to podobna historia mogłaby się wydarzyć w naszym świecie. Mimo tego, że Pratchett posługuje się znanymi kliszami i ogranymi motywami, to robi to na tyle sprytnie, iż książka cały czas zaskakuje. Najlepiej widać to w świetnym zakończeniu. Czytelnik oczekiwałby trochę innego finału. Ta bajka rządzi się jednak swoimi prawami.

Opisywana książka nie urzekałaby tak bardzo, gdyby nie wspaniały, dziecięcy język, jakim została napisana. Jest ciepły i bezpośredni, a Pratchett znakomicie się nim posługuje opisując zarówno te trudne sprawy (śmierć, wiara w Boga), jak i te prozaiczne. Ile w tym języku tłumacza, a ile autora oryginału można się oczywiście zastanawiać, ale polska wersja „Nacji” jest dobrze przełożona. Warto o tym wspomnieć o tyle, że autorem tłumaczenia jest Jerzy Kozłowski, a nie, kojarzony zazwyczaj z książkami Pratchetta, Piotr Cholewa. Tłumaczowi udało się zachować styl i nastrój oryginału, dostosowując go do wymogów języka polskiego. Polskie wydanie jest zresztą doskonałe – drukowane na wysokiej jakości papierze, w twardej okładce z obwolutą świetnie się prezentuje.

Nowa książka Pratchetta porusza, wciąga, prowokuje do myślenia i poszerza horyzonty. Jest ciepłą i optymistyczną bajką, ale na tyle realistyczną, że trudno dostrzec jej fantastyczny charakter. To naprawdę dobra lektura, po którą warto sięgnąć. I chyba jedna z najlepszych pozycji wydanych w tym roku.

Autor: Terry Pratchett
Tytuł: „Nacja”
Tytuł oryginału: Nation
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Liczba stron: 424
Okładka: twarda z obwolutą
Wydanie: I
Rok wydania: 2009
Wydawnictwo: REBIS
Cena: 35,90 zł

Dyskusja