Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Bezbarwny Wiek Smoka – recenzja książki „Dragon Age: Utracony Tron”

Pierwsze wrażenie: ładna oprawa. Co prawda okładkowa grafika już zdążyła się opatrzeć, bo była mocno eksploatowana w czasie kampanii promocyjnej, a i oryginalny obrazek na zachodnim wydaniu książki jest ciekawszy, ale ten czerwony smok i tak wywołuje pozytywne emocje. W środku to samo. Każdy rozdział ozdobiono niedużym, ale klimatycznym rysunkiem. Powieść wydano naprawdę estetycznie. Niemniej to treść jest tym co się liczy. „Dragon Age: Utracony Tron” jest dziełem osadzonym w uniwersum gry komputerowej „Dragon Age: Początek”. A to rodzi obawy.

I rzeczywiście. Już pierwsze kilka stron pokazuje, że czytelnik ma przed sobą klasyczną, sztampową fantasy. Będziemy więc śledzić losy głównego bohatera i jego przemianę z ciapowatego chłopczyka w mężnego wojownika. Towarzyszyć mu będą wierni i nieustraszeni przyjaciele. Razem wyjdą cało z każdej potyczki. Stawią czoła przeważającym siłom okrutnego przeciwnika, któremu pomagać będzie złowrogi mag. Jak zwykle pojawią się też elfy i krasnoludy, a przez chwilę mignie nawet smok. Będzie zdrada, zemsta, miłość i bezwzględna walka do ostatniej kropli krwi. A wszystko to na tle konfliktu, który rozpocznie nową erę i zmieni oblicze świata.

Książka nie jest jednak aż tak bardzo epicka – ta cecha dotyczy raczej samej gry. Opowieść, przedstawiana przez Davida Gaidera, to jej prequel. Skupia się ona na losach Marica – prawowitego następcy tronu Fereldenu. To on jest tym ciapowatym chłopczykiem, który będzie musiał wydrzeć władzę z rąk uzurpatora, Megrhena. Pomogą mu w tym przypadkowo napotkany banita Loghain i Rowan, córka arla Rendorna, wyznaczona już jako dziecko na narzeczoną Marica.

„Utracony Tron” nie jest jednak historią o próbie odzyskania władzy. To opowieść o zemście i pragnieniu sprawiedliwości. Niestety, jest to opowieść niedopracowana i powielająca schematy. Jest to tym bardziej zaskakujące, jeśli sprawdzi się, kim jest jej autor. David Gaider pracował dla BioWare nad stworzeniem gier „Bladur`s Gate 2: Cienie Amn”, „Knights of the Old Republic” i „Neverwinter Nights”. Gry te słynęły z dopracowanych scenariuszy, rozbudowanych fabuł i rozmachu. Przede wszystkim wciągały gracza do wykreowanego przez nie świata. Tymczasem opowieść, snuta w „Utraconym Tronie” jest czytelnikowi zupełnie obojętna.

Największym problemem jest naciągana, pełna absurdów fabuła. O ile pomoc, jakiej Loghain udziela Maricowi na początku książki, można jeszcze zrozumieć, o tyle jego późniejsze agresywne zachowanie wobec księcia, po doprowadzeniu go do wioski banitów, już nie bardzo. Jeśli od początku był sceptyczny wobec nieznajomego, na dodatek ściganego przez żołnierzy, to po co go zabierał ze sobą do obozowiska? Jedynym wyjaśnieniem jest tu widzimisię autora, bo serwowane czytelnikowi uzasadnienie nie jest przekonujące. Podobnie jest z obecnością buntowniczej armii na terenach okupowanych przez wroga oraz z samymi działaniami wojennymi. Trudno uwierzyć w to, że wojsko Marica było w stanie z łatwością poruszać się po Fereldenie. Wątpliwości budzi również możliwość utrzymanie oddziałów bez pieniędzy, bez zaopatrzenia, zdając się na dobrą wolę arlów. I tak jest z całą tą opowieścią – brak jej po prostu wiarygodności.

Ale mimo to jest kilka ciekawych akcentów, które mogą się podobać. W przeciwieństwie do pozostałych postaci mag Severan i uzurpator Meghren są wyraziści i charakterni. Nie mają również syndromu rozdwojenia jaźni, który pojawia się u innych bohaterów. Książę Maric zachowuje się zarówno jak niedoświadczony młokos jak i wszechpotężny bohater. U Severena i Meghrena takich sprzecznych cech osobowości nie ma. To postacie kompletne i dobrze zarysowane.

Trzeba również przyznać, że fabuła – mimo całej swej schematyczności i naiwności – ma z perspektywy bohaterów dramatyczny finał i odbiega od standardowego „i wszyscy żyli długo i szczęśliwie”. Docenić można przemianę Marica z księcia w króla, która dokonuje się na ostatnich stronach powieści. Bohater ten staje się wtedy dość antypatyczną postacią, rozdartą wewnętrznie między honorem i sprawiedliwością, a miłością i szczęśliwym życiem. Papierowa postać pokazuje ludzką twarz. Znowu jednak dzieje się to trochę na siłę.
Interesującym chwytem jest uczynienie z elfów rasy drugiej kategorii. To, co na zachodzie mogłoby być jakimś novum, w Polsce blednie jednak w obliczu sagi o Wiedźminie Sapkowskiego. Zachód mógł się zresztą cieszyć chociażby świetną sagą „Wojen Demona” R.A. Salvatore. Dobrych wzorców, by wyrwać się poza utarte schematy, nie brakowało. Szkoda więc, że nie spróbowano, bo pewien potencjał powieść ma.

Choć pozytywnych akcentów można znaleźć więcej, to nie ratują one książki. W sumie wychodzi dość przeciętne, mało porywające czytadło. Przypomina trochę tytuły jakie pojawiały się w czasie boomu na komputerowe RPG, dziejące się w DnDkowym świecie Fearunu. Brak mu jednak ich polotu i barwnego języka. Po raz kolejny powieść towarzysząca grze komputerowej staje się więc podrzędną produkcją, a nie równoważnym dziełem.

BioWare, wydawca „Dragon Age: Początek”, jak sam autor podkreśla w przedmowie, inwestuje w książki. I chwała im za to. Szkoda tylko, że w efekcie powstają dzieła, które poziomem odbiegają od samej gry. Jej fan może „Utracony Tron” przeczytać. Losy królewskiego rodu Theirinów, a przede wszystkim historia Lhogaina, najprawdopodobniej go zainteresują. Reszta może sobie jednak spokojnie darować tę lekturę.

Tytuł: „Dragon Age: Utracony Tron”
Autor: David Gaider
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 472
Data Wydania: 2009
ISBN: 978-83-7574-162-9
Cena: 34,99

Dyskusja