Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Bo fantazja jest od tego aby bawić się na całego.” – recenzja filmu „Parnassus: człowiek, który oszukał diabła”

Pamięta ktoś jeszcze te słowa: „Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego.”? Na pewno tak, mimo że piosenka ta była hitem dawno temu. Cytat ten jest jednak ponadczasowy, a wyobraźnia to prawdziwy skarb, nad którym trudno zapanować. Ci, którzy to potrafią, zyskują uznanie i szacunek. A jeśli ktoś potrafi przekroczyć granice wyobraźni, to wzbudza zachwyt i staje się postacią kultową. Kimś takim jest Terry Gilliam, który po kilku latach milczenia wraca jako scenarzysta i reżyser filmu „Parnassus: człowiek, który oszukał diabła.” Natomiast powyższy cytat idealnie opisuje charakter filmu.

Zabawy z wyobraźnią nie zawsze jednak są łatwe i bezpieczne. Świat fantazji, zwłaszcza dziecięcych, wciąga i trudno z niego wrócić. Opowieść może wymknąć się spod kontroli, uciekając od logiki i rzeczywistości. Gdy wyobraźnia nas pochłonie zaczynają się liczyć tylko nasze marzenia i pragnienia. „Parnassus” to właśnie taka podróż w krainę fantazji, nad którą nikt nie panuje. Nie ma tu jednak dziecięcych wizji. Zobaczymy za to narkotyczne zwidy szaleńca.

Film to opowieść o grupce cyrkowców, zorganizowanej wokół doktora Parnassusa, dawnego mnicha, który zawarł pakt z diabłem. Ceną za nieśmiertelność i możliwość spełnienia się w miłości jest jednak życie jego córki. W dniu szesnastych urodzin dziewczyna będzie musiała opuścić ojca. Zagubiony i zrozpaczony Parnassus topi swe smutki w alkoholu, ale szatan jest przewrotny. Powróci do doktora tuż przed terminem i zaproponuje mu kolejny zakład. Tak jak wcześniej będzie to wyścig o dusze, a los córki będzie zależał od wyniku rozgrywki. Szanse na uratowanie dziewczyny są jednak niewielkie i dopiero, gdy do grupy dołączy tajemniczy Tony, doktorowi wróci wiara w możliwość wygranej.

Bohaterowie filmu, jak w „Alicji w krainie czarów”, przenoszą się przy pomocy lustra do zupełnie innej krainy. W „Parnassusie” trafiają do umysłu doktora, który ukazuje ludziom ich wymarzony świat. To właśnie tam, w nieskrępowanym logiką otoczeniu przyjdzie im wybrać: dobro lub zło. Parnassusa lub szatana. Niezwykle istotna będzie tu oczywiście postać Tony’ego, będąca ostatnią rolą Heatha Ledgera. Po tragicznej śmierci aktora realizacja filmu wisiała zresztą na włosku i dopiero zaangażowanie się trójki jego przyjaciół: Johnny’ego Deppa, Jude’a Law i Colina Farrella uratowało tę produkcję. Dzięki temu możliwe było dogranie brakujących scen, których Ledger nie zdążył nakręcić. Trzeba przyznać, że wykorzystanie czterech aktorów wyszło filmowi na dobre. Zabieg ten, mimo iż wymuszony, okazał się jednym z największych jego atutów i wypadł niezwykle naturalnie. Ledger, Depp, Law i Farrell zlewają się ze sobą w jedną postać i nadają Tony’emu nowe znaczenia. Jednocześnie odgrywając go, zachowują własny, indywidualny charakter.

Tony nie jest jedynym interesującym bohaterem. Wszyscy aktorzy wkładają w swoje role sporo serca i poświęcenia. Może się podobać zarówno urodziwa, młodziutka Lily Cole, jak i stetryczały, stary Christopher Plummer. Na uwagę zasługuje diabeł w wykonaniu Toma Waitsa – odpychający, ale i fascynujący. Kontrapunktem dla tych postaci, i nieodłącznym elementem każdego szanującego się cyrku (przynajmniej w amerykańskich filmach), jest karzeł Percy, odtwarzany przez Verne Troyer’a. To jedyny bohater w tym towarzystwie, który choć ułomny, zdaje się myśleć rozsądnie.

Chociaż aktorstwo rzeczywiście jest dobre, to jednak nie każdemu się spodoba. Postacie są mocno przerysowane, groteskowe i teatralne – jak cały film. Jest rozbuchany, przeładowany i atakuje widza kolejnymi scenami, które co prawda są połączone fabularnie, ale wydają się oderwanymi od siebie epizodami. Wygląda to tak, jakby po dość przeciętnym i ugrzecznionym obrazie „Nieustraszeni bracia Grimm”, Gilliam zdecydował się odreagować i poszedł na całość. Tu nie ma miejsca na subtelności scenariusza. Jest rozpasana, niczym nieskrępowana wyobraźnia, która dominuje nad całą opowieścią; która gubi się w scenografii i rozmywa w kolejnych, coraz bardziej absurdalnych pomysłach na rozwój fabuły. Przerost formy nad treścią? Trochę tak, ale nie do końca. Dzieło Gilliama ma bowiem swój sens i przesłanie. „Parnassusa” można interpretować na różne sposoby i w różnych kontekstach. Nie da się jednak ukryć, że choć całość jest przemyślana, to jednak film sprawia wrażenie, iż reżyser miał świetny pomysł, ale nie wiedział co dokładnie chce zrealizować.

Na „Parnassusa” Terry’ego Gilliama wielu czekało równie mocno co na „Avatara” Jamesa Camerona. Oba filmy to powroty znanych reżyserów. „Avatar” Camerona spełnił pokładane w nim nadzieje. W przypadku dzieła Gilliama trudno jednak o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, czy warto go zobaczyć. Wielu widzów jeszcze w trakcie seansu opuści kino z niesmakiem lub wyłączy film po paru minutach oglądania w domowym zaciszu. Inni przemęczą się do końca i pozostaną obojętni. Są jednak tacy, którym się on spodoba, nieraz się wzruszą, poczują poruszeni i po prostu będą zachwyceni. „Parnassus” to specyficzny film i przeciętny widz, który szuka w kinie rozrywki na pewno nie znajdzie w nim niczego ciekawego. Ale to jednocześnie na tyle intrygujący obraz, że dla miłośników kina artystycznego, a przede wszystkim samego Gilliama, może się okazać jednym z najlepszych filmów roku 2009.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja