Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Powrót Camerona w wielkim stylu – recenzja filmu „Avatar”

O tym filmie było głośno na długo przed premierą. Jego zapowiedzi pojawiały się właściwie wszędzie i nawet Mroczny Rycerz, przedostatnia produkcja z Heathem Ledgerem (aktor pośmiertnie pojawił się w obrazie „The Imaginarium of Doctor Parnassus”), nie była tak mocno promowana. Zapowiadano rewolucję w kinie i triumfalny powrót Jamesa Camerona. Pisano artykuły, publikowano wywiady z twórcami, a wszystkie filmowe serwisy informacyjne podsycały atmosferę wyczekiwania. Czy „Avatar” uniósł ciężar „Titanica” i nie zatonął jak ten słynny, luksusowy transatlantyk?

Odpowiedź może być tylko jedna: „Avatar” cało wyszedł ze zderzenia z wielkimi jak góra lodowa oczekiwaniami. To naprawdę dobry film. Dodatkowo być może to nie tylko jedna z najdroższych, ale i najbardziej kasowa produkcja w dziejach kina. Miliard dolarów udało się jej uzyskać po dwóch tygodniach projekcji – ponad połowę tego co „Titanic” przez cały okres wyświetlania.

Cyferki podliczane przez maniaków statystyk i producentów filmu nie są tu jednak najważniejsze. Dla widza nieistotne są również nowatorskie rozwiązania techniczne jakie Cameron zastosował w „Avatarze”. Liczy się finalny produkt i to co można zobaczyć na ekranach kin. A trzeba to podkreślić – to co widzimy zapiera dech w piersiach.

Tak wiarygodnego, cyfrowego przedstawienia nieistniejącej rzeczywistości jeszcze nie było. Pandora, księżyc na którym toczy się akcja „Avatara”, jest po prostu przepiękna. Już po kilku pierwszych scenach widać, że ten świat żyje. Dzika, zielona dżungla, fosforyzujące i barwne, egzotyczne rośliny, fantastyczne stworzenia w tym kotowaci Na`vi robią spore wrażenie. I gdyby tylko nie to, że ten świat jest aż tak bardzo kolorowy, tak różny od tego co widzimy na co dzień, wrażenie realności byłoby pełne. Momentami, ale to tylko krótkie chwile, gdy akcja zwalnia, zaczyna jednak czegoś brakować. Może ptaków i owadów? Może ich odgłosów w dżungli? A może trochę brudu i mroku tu i tam, bo Pandora jest niesamowicie bajkowa i to również przez to mamy do czynienia z iluzją rzeczywistości, na tyle jednak urokliwą, że wielu się nią zachwyci. A wszystko to bez efekciarskiego rozpasania – efekty specjalne i 3D nie są nadużywane i pojawiają się w odpowiedniej ilości i w odpowiednich momentach.

Wizja Camerona może się podobać, ale paradoksalnie choć Pandora wizualnie różni się od naszej planety jak pies i ryba, to wielu innym elementom filmu brakuje egzotyki. Zwyczaje Na’vi, niezrozumiałe dla ogarniętych chciwością ludzi, za bardzo przypominają zwyczaje prymitywnych Indian, czy Afrykańczyków. Cały ten świat zbyt bliski jest temu, co znamy. Zupełnie niepotrzebne są odwołania – nienachalne jednak – chociażby do inwazji amerykańskiej w Iraku. To jednak szczegóły, na które w kinie nie zwraca się uwagi. Nawet pacyfistyczny i proekologiczny wydźwięk filmu nie ma większego znaczenia w czasie projekcji. Refleksje przychodzą później. W kinie nie ma na nie czasu.

Wszystko to dzięki dynamicznej akcji – na ekranie cały czas coś się dzieje, a batalistyczne sceny zrealizowano z dużym rozmachem. Scenariusz jest przy tym dopracowany, spójny i brak w nim fabularnych dziur. To jednak prosta i nieskomplikowana opowieść. Postacie są jednowymiarowe, a przez to bardziej wyraziste i od razu wiadomo kto jest „zły”, a kto „dobry” – jak w bajce, albo baśni. W przewidywalnym scenariuszu sporo jest klisz i stereotypów, które wszyscy dobrze znamy. Czy jednak zbytnie rozbudowanie fabuły nie zaszkodziłoby samej opowieści?

Cameron wyszedł z założenia, że tak. Stąd proste i banalne rozwiązania, które dają miejsce na coś ważniejszego: emocje. I trzeba przyznać, że reżyser umiejętnie na nich gra, unikając przesadnej ckliwości i oszczędnie nimi gospodarując. Ani wątek romansowy, ani sceny, które mogą wywołać współczucie u widza, jak chociażby wjazd buldożerów do lasu, czy atak „Ludzi z nieba” na Na’vi, nie zostały przerysowane, ani zepsute przesadnym aktorzeniem. Ból po stracie bliskich, czy żal spowodowany błędnymi decyzjami – a to tylko dwa przykłady – są naprawdę przekonująco pokazane. Nawet jeśli widz nie straci do tych scen dystansu, to trudno sobie wyobrazić, by można je było lepiej zagrać. Ważne jest też to, że efekty specjalne nie zabiły aktorstwa, mimo że cały film składa się z nich w około 60%.
Wracając do scenariusza to są w nim poukrywane nawiązania do starszych filmów Camerona, chociażby „Obcego”, ale i np. „Matrixa” braci Wachowskich. Nie ma jednak co ukrywać – fabuła nie jest najsilniejszą stroną „Avatara” i przed obejrzeniem filmu warto o tym pamiętać. Dla wielu będzie to po prostu „Tańczący z wilkami” lub „Pocahontas” w kosmosie. Dla niektórych „Avatar” jest zresztą plagiatem bajki Disneya. Ciekawe czym dla tych osób są kolejne wersje „Romea i Julii”.

Tym co naprawdę rozczarowuje jest muzyka. James Horner nie stworzył żadnego utworu na miarę chociażby Star Warsowego marszu imperialnego, czy motywu przewodniego z Indiany Jonesa. Nic nie rzuca się w uszy i nie zostaje w głowie po projekcji. Fakt, muzyka dobrze buduje atmosferę i pasuje do tego co widzimy, pod koniec filmu staje się bardziej dynamiczna i podniosła, ale to za mało, by zapisać się w pamięci. A szkoda.

Pozostaje jeszcze odpowiedź na jedno pytanie, które przed premierą wielu sobie zadawało: czy ten film jest rewolucją na miarę wprowadzenia dźwięku, czy koloru do kina? Nie do końca. Co prawda część producentów i reżyserów już teraz zapowiada, że kolejne filmy będą robione przy wykorzystaniu technologii użytych przy kręceniu „Avatara”, że będą to filmy wyłącznie w 3D. Niektóre firmy zapowiadają również, iż w najbliższym czasie pojawi się trójwymiarowe kino domowe. Ale to raczej nie rewolucja, a ewolucja. Kino 3D nie jest nowością i pierwsze filmy pojawiały się już w latach 50 XX wieku jeśli nie wcześniej. Same efekty też nie są aż tak zadziwiające i oszałamiające i nie wywołują takiego wrażenia, jak pierwsze filmy z głosem, czy kolorem. 3D jest fajne, ale nie powala na kolana, a „Avatar” to raczej symptom i symbol przemian, jakie zachodzą w przemyśle filmowym.

Jedno jest jednak pewne. „Avatar” to prawdziwa wizualna uczta. To film, który zdecydowanie najlepiej jest zobaczyć w kinie i to w wersji 3D. Po prostu został on do tego stworzony. Oglądanie go w warunkach domowych jest jak próba pływania transatlantykiem po jeziorze. Niby można, tylko co to za przyjemność? „Avatar” to również film, który Oskara za efekty specjalne ma jak w banku, bo jak do tej pory nikomu nie udało się stworzyć świata równie pięknego i równie prawdziwego. To film nie tylko doskonały i nowatorski warsztatowo, ale i fabularnie wystarczająco dobry, by nie czuć się oszukanym po wyjściu z kina. Owszem, to prosta historia, ale to za tego typu opowieści cenimy Camerona. Na dodatek to historia z przesłaniem, która jeśli widz da się jej porwać, poruszy go i zmusi do myślenia. Czego chcieć więcej?

Cameronowi udało się w 100% urzeczywistnić swoją wizję i choćby za to należy mu się szacunek. Film nie każdemu się spodoba. Niektórzy będą mu wytykać mniej lub bardziej sensowne błędy, będą się czepiać scenariusza, ale to i tak świetne kino i jeden z najciekawszych obrazów roku 2009, jeśli nie całej dekady. Na dodatek już teraz jego reżyser nie wyklucza, że powstanie sequel. Czy Cameronowi uda się powtórzyć fenomen „Terminatora” i nakręcić kolejną, dobrą kontynuację? Bo faktu, że wielu widzów chętnie wróciłoby na Pandorę, chyba nie trzeba pisać.

Ocena: 5/5

Dyskusja