Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Zombieland”

Świat długo czekał na film w stylu „Zombieland”, czyli survival horror w prześmiewczej konwencji, świetnie zagrany, który dodatkowo nie jest beznadziejnie głupią parodią, taką jak seria „Straszny film”. Można zakwalifikować go do kilku gatunków: horroru, sensacji, komedii, ale jest tu też kino drogi, a nawet romans. Reżyser, Ruben Fleischer, z lekkością żongluje stereotypami, racząc nas miłą dla serca i oka, trochę inną produkcją o zombie. Dokładniej mówiąc, bohaterami są zdegenerowani pod wpływem wirusa ludzie, lecz jeżeli chcą zjeść Cię żywcem, rozróżnienie to nie ma szczególnie dużego znaczenia.

W ostatnich latach mieliśmy prawdziwy wysyp produkcji z umarlakami w roli głównej: „Resident Evil”, „Jestem Legendą”, cała plejada filmów George’a Romero, „28 dni później” i pewnie kilka innych, o których już nie pamiętam. Z mniejszym lub większym powodzeniem kolejni twórcy pokazują nam przygody garstki ludzi, walczących z przeważającymi siłami mutantów, na prawie wymarłej Ziemi. Jednym z wyjątków jest prześmiewczy „Wysyp żywych trupów” Edwarda Wrighta (premiera w 2004 roku), drugim jest „Zombieland”. Film naśmiewa się z tego dorobku, wytykając jego groteskowość, infantylność bohaterów czy sztampowe dialogi. Robi to jednak w sposób zabawny, nie stawia się też wyżej, lecz obok, pokazuje nam inne spojrzenie na śmiertelnie poważny problem znalezienia się jednostki w postapokaliptycznym, brutalnym otoczeniu.

Widać fascynację reżysera twórczością Quentina Tarantino. Wszyscy pamiętamy kultowe już „Od zmierzchu do świtu” czy niedawny „Grindhouse”. Fleischer czerpie z mistrza garściami, zarówno w kwestiach technicznych (przykładem tego jest podział na mini rozdziały, krótkie wstawki zdjęciowe) jak i w sposobie montażu niektórych scen oraz w sferze dialogów i sposobie kreacji bohaterów. Do tego dochodzi specyficzny humor, wyciekający niemal z każdej sceny. Postacie są skrajnie przerysowane, jakby żywcem wyjęte z komiksu.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem jest Columbus – nieudacznik, astmatyczny lecz inteligentny, wiecznie przestraszony student. Udało mu się przetrwać w świecie pełnym żarłocznych monstrów dzięki wrodzonemu sprytowi oraz zbiorowi zasad, według własnego opracowania. Zasada numer 4 – nie zgrywać bohatera. To uniwersalna prawda, która kilka razy uratowała życie Columbusa, lecz jej złamanie, jak się zapewne domyślacie, do niczego dobrego doprowadzić nie może. Niestety, kiedy do słowa dochodzą uczucia, wywołane spotkaniem pięknej kobiety, czarno-białe, sprawdzone reguły, tracą na przejrzystości i użyteczności. Jesse Eisenberg jest niemal stworzony do tej roli. Jego aparycja, mimika oraz emploi sprawiają, że bardzo miło się go ogląda.

ObrazekObrazek
ObrazekObrazek
Wspomniana płeć piękna występuje w dwóch sztukach. Są to: seksowna, lecz drapieżna Wichita (Emma Stone) oraz drobna, będąca jeszcze dzieckiem Littre Rock (Abigail Breslin). Każda z młodych aktorek może się poszczycić kilkoma ciekawymi rolami, jednak ku zaskoczeniu, to znacznie młodsza Abigail Breslin ma większy dorobek. Widzieliśmy ją u boku Mela Gibsona i Joaquine’a Phoenix’a w „Znakach”, wystąpiła w nagrodzonym wieloma nagrodami „Little Miss Sunshine”, słowem – fenomen wielkości Dakoty Fanning oraz w przyszłości materiał na prawdziwą gwiazdę Hollywood. Natomiast muszę przyznać, że to kolejnego wcielenia Emmy Stone będę wypatrywać bardziej, podobnie jak większa część męskiej widowni.

Czwartym i ostatnim głównym bohaterem „Zombieland” jest Tallahassee, w którego wciela się Woody Harrelsson. Jest to przedstawiciel rasy największych twardzieli jakich nosił świat, obładowany bronią kowboj z południa, który najpierw strzela, a później zadaje pytania. Tallahassee to typowy blaszany drwal z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” – siłacz, który pod grubym pancerzem skrywa gołębie serce. Wszystko co robi ten bohater jest przerysowane, a jego teksty i postawa wzbudzają salwy szczerego śmiechu. Jeżeli taki typ zestawimy z będącym jego absolutnym przeciwieństwem Columbusem, to tworzy nam się przezabawny duet, który paradoksalnie świetnie się uzupełnia. Konfrontacja z przypadkowo napotkanymi dziewczynami staje się dodatkową iskrą do beczki prochu. Harrelsson w tej roli przypomina mi Micky’ego Knox’a z „Urodzonych morderców” Oliviera Stone’a (Tarantino był współautorem scenariusza), aktor momentami parodiował jakby samego siebie, a tutaj był równie genialny.

Jak wspomniałem na wstępie, mamy tu do czynienia z filmem drogi. Bohaterowie, podróżując przez pełne niebezpieczeństw Stany, poznają się nawzajem, ale przede wszystkim zmagają się ze swoimi własnymi demonami. Każdy przechodzi metamorfozę i musi w końcu na nowo określić siebie, przewartościować pewne stare prawdy i stworzyć nowe, lepiej przystosowane do zmieniającego się życia.

Całość splata w jedno świetna muzyka, z głośników słyszymy kawałki Metalliki, Slayera, czasami przygrywa Johny Cash. Każdy utwór jest komentarzem i dopełnieniem akcji, jak się domyślacie, te cięższe utwory najczęściej słyszymy podczas odpalenia serii z broni różnego sortu i kalibru, a te spokojniejsze w chwilach refleksji. Nad całością czuwał David Sardy, który od lat produkuje muzykę dla największych zespołów oraz dla kina. Wyszło bardzo dobrze.

Mógłbym wymienić jeszcze kilka zalet „Zombieland” – kostiumy i makijaż, efekty specjalne, zdjęcia, scenografię – wszystkie te elementy zrobiono naprawdę profesjonalnie i z dbałością o szczegóły. Dodatkowym smaczkiem, śmiesznym i zaskakującym, jest epizod z Billem Murray’em. Jeżeli nie przekonałem Was wcześniej, to warto obejrzeć ten film chociażby dla niego.

Ocena: 8/10

Tytuł: Zombieland
Tytuł oryginału: Zombieland
Reżyseria: Ruben Fleischer
Scenariusz: Paul Wernick
Muzyka: David Sardy
Czas trwania: 80 minut
Data premiery: 2009-12-04 (Polska), 2009-09-25 (Świat)
Kraj: USA
Obsada: Woody Harrelsson, Jesse Eisenberg, Abigail Breslin, Emma Stone

Ocena: 8/5

Dyskusja