Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Sherlock Holmes”

Nie oczekiwałem zbyt wiele, idąc do kina na nowego „Sherlocka Holmesa”. Pomyślałem, że miło będzie popatrzeć na kreację Roberta Downey’a Jr., którego jestem fanem praktycznie od czasów „Urodzonych morderców” Oliviera Stone’a. Drugim czynnikiem In plus był Guy Ritchie, czyli twórca gangsterskich czarnych komedii z „Przekrętem” na czele – po prostu lubię jego filmy. Jeśli zaś chodzi o pierwowzór, czyli prozę Arthura Conana Doyle’a, to wielkim fanem nigdy nie byłem. Mówiąc wprost, moje nastawienie do produkcji było raczej sceptyczne. Jednak pierwsze minuty seansu całkowicie zmieniły moje podejście.

Pierwszym elementem, na który zwróciłem uwagę była muzyka. Hans Zimmer komponując i dobierając repertuar świetnie wykonał swoje zadanie. Kompozytor w zasadzie przeszedł samego siebie, mówię tu o knajpianych, portowych przyśpiewkach, które kilka razy słyszymy z głośników. Genialnie współtworzą one klimat filmu i wydaje mi się, że Ritchie jest bardzo zadowolony z osiągniętego efektu, jakim było stworzenie łotrzykowskiego nimbu wokół historii. Pozostałe nuty to bardziej standardowy Zimmer, czyli mocno orkiestrowy, dostojny, ale nadal wpadający w ucho.

Sama fabuła nie powala, w zasadzie jest prosta i przewidywalna, chociaż pod względem technicznym, suspens tworzony jest bardzo umiejętnie. Każdy wie, że nieomylny detektyw w końcu zatriumfuje, że zagadki okażą się banalnie proste, a szwarccharaktery spotka zasłużona kara. Natomiast takie podejście do tematu tutaj w ogóle nie przeszkadza, z dużą przyjemnością oglądałem zmagania londyńskich stróżów prawa w walce z przestępczością. Sam dobór nazwisk sugeruje, do jakiej frakcji kto należy: Lord Blackwood, Lord Coward – jak powiedziałem, tendencyjnie, ale ciekawie i ze smakiem, a przede wszystkim – z humorem.

Sherlock Holmes i jego wierny druh – doktor Watson (Jude Law), tworzą przezabawny duet. Z dużą dozą sarkazmu i szelmowskim uśmiechem na ustach, rozwiązują kolejne sprawy i wsadzają przestępców za kraty. Lord Blackwood to przywódca mistycznej, pseudomasońskiej organizacji, która pragnie przejąć władzę nad Anglią, a w konsekwencji nad całym światem. Plan jest prosty: zabić wszystkich członków parlamentu aby stworzyć chaos, później wkroczyć w odpowiednim momencie i terrorem zapanować nad społeczeństwem. Uknuta szatańska intryga mogłaby dojść do skutku, gdyby nie nasi dzielni bohaterowie, którzy krzyżują plany spiskowców. Sprawy dodatkowo komplikują się, gdy do głosu dochodzi uczucie i namiętność. Panna Irene Adler (piękna Rachel McAdams) to stara znajoma Holmesa, jedyna, która potrafi go przechytrzyć, a jej nagłe pojawienie się, wyraźnie burzy poukładany świat detektywa.

Reżyser w dużym stopniu poświęca się analizie Holmesa, niestety dr Watson nie otrzymuje tyle uwagi, a jego charakter poznajemy dość pobieżnie, jak zwykle w cieniu. Jako fan serialu „House” (w roli głównej Hugh Laurie), nie mógłbym nie zauważyć wielu korelacji łączących postać cynicznego doktora z detektywem. Obaj są geniuszami w swojej dziedzinie, są aspołeczni, ironiczni, ich zachowania i tok rozumowania wielokrotnie balansują na granicy obłędu. Czy to celowy zabieg reżysera? Moim zdaniem tak, zresztą internetowe panele dyskusyjne pełne są podobnych obserwacji i porównań. Jeżeli serialowy dr Gregory House jest mistrzem, to Holmes jest jego najzdolniejszym uczniem. Sam Sherlock przedstawiony jest niemal jako super bohater, który nadnaturalną spostrzegawczością oraz intuicją jest w stanie pokonać każdego wroga, nawet walcząc wręcz. Ale to taki skażony heros, coś jak „Hancock” (w tej roli Will Smith), który pomimo oczywistych talentów, popełnia masę gaf i błędów, tylko tutaj jest w angielskiej, dystyngowanej formie.

Skoro jestem przy opisie postaci, to muszę wspomnieć o samym Londynie. XIX-wieczne miasto prezentuje się okazale i zostało odtworzone w realistyczny sposób: ulice pełne są oprychów, podłych spelunek, portowych dziwek i wszelkiej maści nizin społecznych. Taki obraz zestawiony jest z bogatymi salonami włodarzy miasta, którzy jako arystokracja żyją w zupełnie innym, jakby nierealnym świecie. Widać wyraźne rozwarstwienie rzeczywistości. Holmes Guy’a Ritchie zawieszony jest gdzieś pomiędzy. Z jednej strony ubiera się jak perfekcyjny gentleman, w wyszukane uniformy, z drugiej tarza się w błocie ulicznych walk. Jest pełen sprzeczności, chociażby to, że jest stróżem prawa, a kocha się w kryminalistce z pełną kartoteką. Nie interesują go społeczne konwenanse, co często jest przyczyną jego problemów.

Niestety zmorą filmu są uproszczenia w scenariuszu. Wiele sytuacji musimy przyjmować z przymrużeniem oka, bo pomimo ponad dwugodzinnej taśmy, twórcy jakby nie byli w stanie ogarnąć wszystkich wątków. Blackwoodowi intrygowanie przychodzi zdecydowanie zbyt łatwo, w realnym życiu wiele jego akcji nie miałaby szansy bytu, tak samo reakcje detektywa układają się w perfekcyjną układankę bezbłędnie – należy brać na to dużą poprawkę. Dobrą wiadomością jest to, że w zasadzie jest to jedyny minus produkcji, który w sumie nie przeszkadza dobrej zabawie. Oczywiście oczekiwałem czegoś równie perfekcyjnego jak wspomniany wcześniej „Przekręt”, wyszło trochę gorzej, ale jak na mój początkowy prawie całkowity brak zainteresowania – ogólny efekt i tak daje mocnego kopa. Reasumując – z niecierpliwością czekam na część drugą, której premiera już za rok!

Ocena: 7/10

Tytuł: Sherlock Holmes
Tytuł oryginału: Sherlock Holmes
Reżyseria: Guy Ritchie
Scenariusz: Michael Robert Johnson, Simon Kinberg
Muzyka: Hans Zimmer
Data premiery: 2010-01-15 (Polska), 2009-12-24 (Świat)
Czas trwania: 128 minut
Kraj: Wielka Brytania, Australia, USA
Obsada: Robert Downey Junior, Jude Law, Rachel McAdams, Kelly Reilly, Mark Strong, William Hope, Hans Matheson

Ocena: 7/5

Dyskusja