Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Kroniki Mutantów”

Jest kilka naprawdę wybitnych filmów nakręconych w konwencji science-fiction. Widz oglądający „Kroniki mutantów” szybko się jednak przekona, że ma do czynienia z obrazem dużo niższych lotów. „Kroniki” to jeden z tych filmów klasy B, który skierowany jest nie do szerokiego grona odbiorców, a do stosunkowo wąskiej grupy miłośników fantastyki. No i do fanów gry fabularnej „Mutant Chronicles” z 1993 roku. Znawcy tematu powinni też kojarzyć karciankę Doomtrooper, wydaną swego czasu przez MAG.

Chociaż film jest osnuty na motywach gry RPG, to jego fabuła nie jest, ani wyszukana, ani skomplikowana. Akcja „Kronik” przenosi nas do roku 2707. Ziemia nie jest już tą samą, gościnną planetą, jaką znamy obecnie. To postapokaliptyczny świat, na którym w walce o surowce, ścierają się militarne potęgi kilku megakoroporacji – spadkobierczyń dzisiejszych państw.

Film otwiera batalistyczna scena między dwoma z nich: przypominającym dzisiejsze Niemcy Bahausem i postbrytyjskim Imperialem. W wyniku walk dojdzie do tragicznego w skutkach wydarzenia, które doprowadzi niemal do całkowitego zniszczenia ludzkości. Maszyna, która przed wiekami przybyła z kosmosu, zapieczętowana i ukryta przez tajemnicze Bractwo, ponownie ujrzy światło dzienne i zacznie zmieniać ludzi w żądne krwi mutanty. Co dalej? Tego chyba każdy się domyśla: na wzór parszywej dwunastki, zostanie wybrana grupa ludzi. Zjednoczeni pod światłym przewodnictwem członków Bractwa, wyruszą oni w samobójczą misję. Ich celem będzie zniszczenie Maszyny.

Banalna historia nie byłaby jednak wcale aż tak straszna, gdyby nie to, że scenariusz aż roi się od bezsensownych wydarzeń. Jest dziurawy i mało wiarygodny; sprawia wrażenie, jakby komuś nie chciało się go dopracować. Albo jakby był dziełem początkującego Mistrza Gry, który za nic ma logikę, za to liczy się dla niego akcja i to, żeby non stop coś się działo.

Film jest zresztą dość dynamiczny, co na pewno trzeba zaliczyć mu na plus. Niestety wrażenie to psują sztuczne, pompatyczne dialogi. Kilka kwestii jest jednak na tyle charakterystycznych, lub śmiesznych, że aż szkoda, iż zostały one tu użyte. Oczywiście pojawią się i tacy, którym nawet te „perełki” wydadzą się zbyt głupie i prostackie. To już jednak kwestia gustu. Podobnie jak to, czy widz wytrzyma podniosłą grę aktorów. Reżyser nie pozwala im na autoironię i całą opowieść prowadzi na poważnie, z patosem i powagą. Widz patrząc jednak na to co się dzieje na ekranie, będzie kręcić głową z niedowierzaniem i niesmakiem. Trudno uwierzyć, że tacy aktorzy jak Thomas Jane, Ron Perlman, czy John Malkovich, wzięli udział w tej produkcji. Zazwyczaj w tego typu filmach pojawiają się mniej znane nazwiska.

W „Kronikach mutantów” szwankuje nie tylko aktorstwo i scenariusz. Także warsztatowo film ten nie jest poprawnie zrealizowany. Przede wszystkim widać, że całość zrealizowano w studiu, na co widz normalnie nie powinien zwracać uwagi. Tu jednak razi to w oczy tak bardzo, że trudno o tym zapomnieć. Winą za to obarczyć należy nie tyle scenografię, ile zły sposób oświetlenia. Jeśli widzimy, że to co się dzieje na ekranie jest sztuczne, to trudno nam to zaakceptować. Niestety, w przypadku „Kronik” tak właśnie się dzieje. Podobnie jest z efektami specjalnymi. Brak finezji na tym polu, twórcy zdecydowali się zrekompensować brutalizując sceny bitewne. O dziwo, nie ma tu jednak epatowania flakami i krwawą makabrą. Jest naturalizm, a wojna i walka są tu przedstawiane bez upiększania – życie w okopach jest naprawdę paskudne. Takie przedstawienie tematu może się podobać. Szkoda tylko, że cała ta tryskająca krew i odcinane kończyny również zostały wygenerowane komputerowo.

W filmie niektóre sceny i koncepty są jednak dość interesujące. Dzieje się tak głównie ze względu na to, że sporo w nim jest odwołań do steampunku, tak rzadko obecnego w kinie. Rzeczywistość filmowa, inspirowana realiami I Wojny Światowej, zyskuje dzięki temu oryginalnego charakteru i staje się jednym z jego nielicznych atutów. Działające na parę bojowe machiny ludzi, zarówno te oblężnicze, jak i latające, robią dość pozytywne wrażenie.

Niezłe są też charakteryzacje – mutanci wyglądają całkiem ciekawie, ale przede wszystkim rzeczywiście można w nich dojrzeć agresywne, bezmyślne bestie. Szkoda tylko, że każdy z nich jest właściwie taki sam. Można odnieść wrażenie, że każdy mutant-zombie, to jedna i ta sama osoba. Może twórcom właśnie o taki efekt chodziło?

Warto zauważyć jeszcze jedną istotną cechę „Kronik”. Nie jest to klasyczny film science-fiction. Bliżej mu zdecydowanie do kina przygodowego, czy produkcji spod znaku fantasy. Nie wybiega ona oczywiście poza utarte schematy. „Kroniki mutantów” to produkt plastikowy i sterylny od strony warsztatowej. To film dziurawy fabularnie, miejscami bezsensowny i irytujący. Ale mimo wszystko, w przeciwieństwie do wielu obrazów science-fiction drugiej kategorii, ma w sobie coś intrygującego. Coś co może przypaść widzowi do gustu, ale może równie mocno go od tej produkcji odepchnąć. Film w końcu ogląda się całkiem znośnie i ja nie policzę czasu mu poświęconego za stracony. Na pewno nie jest to dobre kino, ale zawsze to jakaś alternatywa dla głupawych, amerykańskich komedii. Fanom gry pozostaje czekać, aż pojawi się ktoś z większym budżetem, lepszym pomysłem i dopracowanym scenariuszem.

A szkoda. Mogło być całkiem przyzwoicie.

Ocena: 2/5

Dyskusja