Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Ty będziesz następna”

Co zrobić, by zarobić w przemyśle filmowym? Owszem, można spróbować stworzyć coś oryginalnego czy nowatorskiego, ale ryzyko porażki jest wysokie. Dużo łatwiej wykorzystać scenariusz sprzed lat i zaadaptować go do dzisiejszych realiów, podbierając przy okazji parę pomysłów z kinowych hitów ostatniej dekady. „Sorority Row” jest efektem tego typu podejścia do kręcenia filmów. To remake niskobudżetowego slashera „The House on Sorority Row” z 1983 roku.

Obie produkcje opierają się na tym samym schemacie: głupi żart kończy się przypadkowym morderstwem, a prowodyrki zamiast dzwonić na policję, decydują się ukryć zwłoki i zapomnieć o sprawie. Wkrótce ktoś jednak zaczyna zabijać dziewczyny i staje się jasne, że osoba ta mści się za dokonaną zbrodnię. Brzmi znajomo? Oczywiście! Kto oglądał „Krzyk” i „Koszmar minionego lata” będzie miał uczucie déjà vu. To zresztą slasher. Tu poruszamy się w stałej konwencji, od tego typu filmów nie oczekujemy nowatorskiej fabuły. Liczy się to żeby postacie ciekawie ginęły, a akcja trzymała w napięciu.

Szkoda więc, że w „Sorority Row” nie ma w ogóle atmosfery zagrożenia. To nie jest film, który mógłby czymś zaskoczyć albo przestraszyć. Wszystkie zagrywki są powtarzalne, wszystkie już gdzieś kiedyś widzieliśmy i to zaserwowane w dużo lepszym stylu. Film ogląda się bez większego zainteresowania. Trudno jednoznacznie powiedzieć jaka jest główna przyczyna takiego stanu rzeczy. Najprawdopodobniej zawiniło wszystko po trochu: słaby scenariusz, irytujące postacie, zła reżyseria.

Nie chodzi zresztą o to, że reżyser źle pokierował ekipą pracujących przy filmie. Tu akurat mamy do czynienia z poprawną, rzemieślniczą robotą. Co z tego jednak, skoro efektem jest utwór zachowawczy, któremu brakuje błysku i polotu – takiego reżyserskiego sznytu, dzięki któremu „Sorority Row” mógłby aspirować do czegoś więcej niż odpowiednika kiepskawych amerykańskich komedii w stylu następczyń „American Pie”.

Główne bohaterki są członkiniami bractwa „Theta Pi” i uczennicami jednej ze szkół, a mściciel szlachtuje je w czasie imprezy organizowanej w związku z końcem ich nauki. Alkohol leje się strumieniami, dziewczyny świecą tyłkami i wymachują cyckami, a dom, który spłynie krwią, bardziej przypomina burdel niż akademik. Obraz ten jest już sam w sobie przejaskrawiony i niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, ale wystarczało go jeszcze bardziej ubarwić i nadać bardziej groteskowych cech, a mielibyśmy zamiast głupawej historyjki, krytykę popkultury, konsumpcjonizmu i rozwiązłego trybu życia. Finałowe sceny, z obowiązkowym płonącym domem, świetnie by się do tego nadawały nadając symbolicznego charakteru całemu filmowi. Okazję zmarnowano. Zastąpiono ją otwartym zakończeniem, naciąganym i mało wiarygodnym.

Całe szczęście przynajmniej ze szlachtowaniem postaci nie jest tak źle jak z resztą filmu. Nie ma się co prawda czym podniecać, ale sceny przy zsypie i ta z butelką, mają jakiś charakter. Wszystko to jednak ugrzecznione i stonowane, a jednocześnie nieco mdławe. Co innego jeżeli chodzi o postacie. Te są wyraziste, jednak ich jednowymiarowość sprawia, że są one nieciekawe. Na dodatek większość z nich jest tak niesympatyczna, że nawet choćbyśmy chcieli, to nie ma komu kibicować. No, ewentualnie zachowującej resztki skrupułów Cassidy lub nadwrażliwej Ellie.

„Sorority Row” to tandetny, plastikowy produkt, taki jak spora część wytworów popkultury, szczególnie tych skierowanych do nastolatków. Największą wadą filmu nie jest jednak wtórność, a nuda i to w stężeniu przekraczającym wszelkie normy. Niby obejrzeć można, tylko po co?
Na koniec ciekawostka: w filmie epizodycznie pojawia się Carrie Fisher. „Sorority Row” jest więc okazją, by zobaczyć jak bardzo aktorka zmieniła się od czasu gdy grała w „Star Wars”. Spojrzenie ma to samo, reszta „nieco” inna. Cóż, takie życie…

Ocena: 3/5

Dyskusja