Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

W poszukiwaniu prawdy o człowieku – recenzja książki „Radio Darwina”

Jeśli powieść otrzymuje nagrodę Nebula, a przez krytyków nazywana jest najlepszą książką SF w USA w 1999 roku, to koniecznie trzeba zwrócić na nią uwagę. „Radio Darwina”, bo o tym dziele mowa, zostało w końcu wydane w Polsce po ponad dziesięciu latach od publikacji w języku angielskim. Trzeba przy tym podkreślić: nie było chyba lepszego momentu, by książka ta pojawiła się na naszym rynku. Dziś, kiedy opinię publiczną elektryzują wiadomości o świńskiej grypie, kiedy narasta histeria wokół szczepionki na tę chorobę, powieść ta staje się szczególnie aktualna i nabiera zupełnie nowego znaczenia. „Radio Darwina” to jednocześnie głos rozsądku i ostrzeżenie. To książka niepokojąca i, w pewnym sensie, przerażająca.

Niepokój ten nie jest jednak wzbudzany przez samą fabułę. Z różnego rodzaju wizjami zagłady ludzkiej rasy, w wyniku epidemii jakiejś choroby, mieliśmy do czynienia wiele razy, zarówno w literaturze jak i filmie, i zdążyliśmy się już oswoić z tą tematyką. U Grega Beara zagrożeniem nie są jednak, jak to zazwyczaj bywa, sterylne laboratoria biologów ani wojskowe tajne kompleksy badawcze, gdzie przeprowadza się wątpliwe etycznie eksperymenty. Niebezpieczeństwo tkwi w nas samych, w naszym genomie i niewiele możemy zrobić, by mu zaradzić. Oto pojawia się nowy wirus, tzw. SHEVA, czyli ludzki retrowirus endogenny (z ang. HERV) – wirus, który przez lata ukryty w DNA człowieka, nagle uaktywnia się i objawia jako tzw. grypa heroda. Choroba atakuje kobiety – mężczyźni są tylko nosicielami – wywołując u nich poronienia i deformację płodów. To jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej – prawdziwe działanie wirusa jest o wiele bardziej skomplikowane. Kluczem do rozwikłania zagadki i zrozumienia istoty SHEVY są badania biolog Kaye Lang, specjalistki od HERVów, oraz odkryte w Alpach przez Mitcha Rafelsona zamarznięte ciała neandertalczyków sprzed ponad dziesięciu tysięcy lat.

Historia ta jest podbudowana solidną naukową wiedzą i to pierwsza rzecz, którą warto podkreślić mówiąc o „Radiu Darwina”. Popularnonaukowy charakter książki przypomina momentami technothrillery Crichtona. U Beara świat nauki jest jednak bardziej hermetyczny i by w niego wniknąć, dobrze jest mieć już jakąś wiedzę na temat ewolucji, replikacji DNA i biologii. Trochę pomagają zamieszczone tuż przed spisem treści „Krótki elementarz biologiczny” i „Krótki słowniczek terminów naukowych”, ale nie wyjaśniają one wszystkich kwestii. Warto dodać, że Bear umiejętnie i klarownie przedstawia teorie i domysły naukowców. Co ciekawe, w przeciwieństwie do Crichtona, wiadomości te najczęściej wplecione są w narrację, a nie w dialogi. U niego mieliśmy do czynienia najczęściej z jedną osobą, która uzupełniała wiedzę pozostałych bohaterów i czytelników w odpowiednich momentach. W „Radiu Darwina” akcja powieści dzieje się jednak niemal wyłącznie w środowisku naukowców, dla których pewne rzeczy są oczywiste. Różnica między Bearem, a Crichtonem polega również na tym, że u tego drugiego akcja opowieści ograniczona była przeważnie do zamkniętego terenu. Tymczasem w „Radiu Darwina” czytelnik trafi do wielu miejsc na naszej planecie, choć większość czasu spędzimy wraz z bohaterami w USA. Uwypukla to globalny charakter problemu, przed którym stoi ludzkość.

Mimo skomplikowanej tematyki i specjalistycznego żargonu, książka jest napisana na tyle przystępnie, że tylko naprawdę oporny na wiedzę laik nie będzie w stanie jej sobie przyswoić. Dzieje się tak głównie dlatego, że Bear nie koncentruje się jedynie na „science”. Nie zapominając o „fiction”, serwuje czytelnikowi niesamowicie przekonujący i prawdopodobny rozwój wypadków. To jest właśnie ten czynnik, który sprawia, że książka jest tak niepokojąca. Wizja zachowującego się irracjonalnie społeczeństwa, to jak łatwo można nim manipulować i jak pochopnie ludzie się zachowują w obliczu czegoś niezrozumiałego i nieznanego, początkowo budzi w nas sprzeciw. Przecież możliwość tego, że w Stanach czy Europie doszłoby do akceptacji prześladowania ciężarnych kobiet, spowodowanego niewiedzą i pod wpływem przesądów, do histerycznej postawy protestujących tłumów, wzniecających zamieszki i do działań władz, doprowadzających do ludobójstwa, tuszujących zbrodnie, tworzących obozy koncentracyjne i przyzwalających na morderstwa jest nie do pomyślenia. Czy aby na pewno? Wydarzenia z początku książki jako żywo wywołują skojarzenia z propagandą, głoszoną w odniesieniu do szczepionek na świńską grypę, rzekomo stworzonych po to, by zaradzić przeludnieniu. Całe szczęście, świńska grypa nie okazała się bardzo niebezpieczna. A gdyby było inaczej? „Radio Darwina” pokazuje, że tak naprawdę balansujemy na cienkiej linie i tylko krok dzieli nas i naszą cywilizację od przepaści. Demaskuje również wpływy, jakie ideologia i polityka mają na medycynę. Podkreśla jak dramatyczne w skutkach, i to dla całej ludzkości, mogą być błędne decyzje i jak niewiele brakuje, by władze straciły kontrolę nad społeczeństwem.

Ale „Radio Darwina” to także dramaty poszczególnych postaci. Bohaterowie książki to zwykli ludzie, którzy popełniają błędy, których trapią wątpliwości, którzy czasem przegrywają z rzeczywistością. Chociaż głównymi i najważniejszymi osobami w książce są Kaye Lang i Mitch Rafelson, to na szczególną uwagę zasługują Saul Lang i Christopher Dicken. Ich problemy i ich los jest najbardziej przejmujący, choć stanowią jedynie tło dla działań Kaye i Mitcha. Niezależnie jednak od tego, czy mamy do czynienia z bohaterami drugoplanowymi, czy pierwszoplanowymi, rys psychologiczny każdej postaci jest złożony i rozbudowany. Nie sposób zakwestionować działań bohaterów, choć wiemy, że jest ono niewłaściwe. Zachowania te są zbyt dobrze umotywowane.

Książka Beara ma jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę: skłania do myślenia. Autor otwiera czytelnikowi oczy na to, co dzieje się we współczesnej biologii. Przedstawia dwa przeciwstawne poglądy na ewolucję, czyli punktualizm i gradualizm, objaśnia je i przygotowuje nas na to, co się może dziać, jeśli to ten pierwszy jest prawdziwy. Dla przypomnienia: gradualizm oznacza stopniowe zmiany w organizmach dzięki przypadkowym, losowym mutacjom. Punktualizm zaś opowiada się za tym, iż zmiany te mogą zachodzić gwałtownie, w obrębie jednego pokolenia. Automatycznie zaczynamy się zastanawiać nad konsekwencjami, jakie ta koncepcja ze sobą niesie. „Radio Darwina” udowadnia nam także, że mimo osiągnięć nauki, tak naprawdę niewiele jeszcze wiadomo o człowieku. Okazuje się, że nie jesteśmy tak doskonali, jak chcielibyśmy się widzieć.

O klasie dobrego science-fiction świadczy przede wszystkim to, czy dany utwór jest aktualny, mimo upływu czasu. Być może idee, które Greg Bear przedstawił w „Radiu Darwina”, są już przestarzałe, albo wkrótce takie się staną. Tak naprawdę to jednak mało istotne. Nawet jeśli przedstawione w książce koncepcje okazałyby się błędne, to autorowi udało się coś dużo ważniejszego – stworzył niesamowicie przekonujący i przejmujący obraz nas samych. Udowodnił, że to, czego się tak naprawdę najbardziej boimy, tkwi w nas samych. Pokazał, jak człowiek zachowuje się w obliczu tego, co nowe i niezrozumiałe. To dlatego „Radio Darwina” jeszcze przez długi czas będzie warte lektury.

Dyskusja