Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Fantastyka miłosna – recenzja książki „Serce Kaeleer”

Nie tak dawno wydawnictwo Initium głośno zapowiadało debiut Anne Bishop na polskim rynku. Dziś półki księgarń uginają się pod ciężarem kolejnych tomów z cyklu Czarnych Kamieni. Co jednak najważniejsze – dzieła Bishop z książki na książkę stają się coraz lepsze.

Jeanelle to najsilniejsza Czarownica świata. Jest Królową Ciemności, ale pozycję tę okupiła własnym zdrowiem i mocą. Ze względu na swój obecny stan obawia się, czy jej ukochany Daemon zechce dalej być u jej boku. Lucivar zaś jest Księciem Wojowników, obrońcą Jeanelle. Zakochuje się w Marian, czarownicy bez szlachetnego urodzenia i magicznych mocy. Zrobi więc wszystko, by związać się z nią, nawet jeśli na drodze stanie mu niezadowolona z mezaliansu rodzina. Między obie pary wtrąca się Roxie, podstępna Czarownica, która chce wybić Lucivarowi Roxie z głowy.

Powyższy opis może wskazywać, że „Serce Kaeleer” to fantastyczny romans. Istotnie, w pewnym sensie tak jest. Czwarty tom cyklu Czarnych Kamieni zawiera trzy obszerne opowiadania, których akcja toczy się w różnym czasie, zarówno przed jak i po wydarzeniach z poprzednich odsłon. W dwóch z nich – „Książę Ebon-Rih” oraz w tytułowym „Serce Kaeleer” – wątek miłosny wysuwa się na pierwszy plan. Anne Bishop nie stworzyła jednak tandetnego fantastycznego romansidła, jakich wiele przybyło swego czasu do polskich księgarni z terenów Skandynawii. Wręcz przeciwnie. To dobrze napisane, wciągające i poruszające historie miłosne, okraszone sporą dawką erotyki i intrygi. Utwory, które zwyczajnie chce się czytać.

Dotychczasowe tomy cyklu obfitowały wręcz w sceny erotyczne. W „Sercu Kaeleer” jest ich również niemało, aczkolwiek wyraźnie mniej niż chociażby w „Córce Krwawych”. W przeciwieństwie do pamiętnego pierwszego tomu, gdzie opisów intymnych relacji między bohaterami było na pęczki, w „Sercu Kaeleer” Bishop utrzymała pod tym względem odpowiedni umiar. Poza tym, sceny tego typu zostały przedstawione z większą dozą subtelności, większy nacisk położono na uczucia bohaterów, aniżeli ich fizyczność. Brak również obrazowych scen tortur. Dużo większy nacisk został położony na bohaterów, na ich osobowość i emocje. Dzięki temu postacie sprawiają wrażenie naturalnych, z krwi i kości, a ich losy stają się czytelnikowi nieobojętne. Przeciwnie – od lektury trudno się oderwać, zwłaszcza gdy w fabule na wierzch wypływają kolejne intrygi.

Trudno unikać porównań wobec poprzednich części cyklu. „Sercem Kaeller” Anne Bishop poczyniła istotny krok naprzód chociażby w stosunku do pierwszego tomu „Czarnych Kamieni”. Czytając kolejne opowiadania nie sposób się nudzić. Autorka wyrobiła sobie lekkość pióra, która sprawia, że kolejne kartki książki przewraca się w zawrotnym tempie.

Wydanie „Serca Kaeleer” praktycznie nie różni się od oprawy „Córki Krwawych” Okładka ma podobną szatę graficzną, format i czcionka są identyczne, zmieniła się jedynie ilustracja (i tym razem bardzo ładna) oraz objętość. Czwarty tom z cyklu „Czarnych Kamieni” mieści się dokładnie na czterystu stronach.

Anne Bishop oddała w ręce czytelników trzy obszerne opowiadania, będące obowiązkową pozycją dla wszystkich, którym podobały się poprzednie tomy. Jednak także i krytykanci dotychczasowych odsłon mogą bez lęku sięgnąć po „Serce Kaeleer”. A tymczasem nie pozostaje nic innego, jak czekać na zapowiadane od jakiegoś czasu „Splątane Sieci”.

Dziękujemy wydawnictwu Initium za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja