Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kosmiczne przygody – recenzja książki „Starship: Bunt”

Stworzony przez Mike Resnicka wszechświat Pierworodnych to jedna z najbardziej rozbudowanych wizji kosmicznej ekspansji człowieka. Ilość opowiadań i powieści tego autora, których akcja dzieje się w tym uniwersum, liczy sobie ponad 80 tytułów. Chronologia i fabuła tych tekstów obejmuje ponad 20 tysięcy lat. To robi wrażenie. Jeśli zaś dodać, że niektóre z tych utworów doczekały się nominacji i nagród takich jak Hugo czy Nebula, to każda kolejna książka, opowiadająca o tym wszechświecie, ma prawo wzbudzać zainteresowanie u czytelników. „Starship: Bunt” może więc wywoływać uzasadnione nadzieje.

Powieść ta jest początkiem cyklu Starship, osadzonego w okresie schyłku Republiki, która wkrótce przekształci się w nowy twór polityczny – Demokrację. Póki co jednak trwa wojna z Federacją Teroni. Kontrowersyjny komandor, Wilson Cole, wielokrotnie nagradzany bohater Republiki, zostaje zdegradowany i przeniesiony karnie na pokład okrętu wojennego „Teodor Roosevelt”. Statek ten patroluje odległe, spokojne rejony galaktyki i powinien już dawno znaleźć się na złomowisku albo w muzeum, a nie w czynnej służbie. W ten sposób admiralicja próbuje pozbyć się niewygodnego oficera, którego niesubordynacja i niepodporządkowywanie się rozkazom źle wpływa na wizerunek dowództwa. Jednak tam, gdzie jest Wilson Cole, tam są również kłopoty – już pierwszego dnia służby na nowym okręcie, komandor wda się w potyczkę z wrogiem.

Tak będzie zresztą do końca książki. Jedno wydarzenie goni następne, a akcja posuwa się do przodu w szybkim tempie. Co i rusz na Cole`a czekają kolejne wyzwania i niebezpieczeństwa. Z każdego bohater wyjdzie obronną ręką, ale to nie znaczy, że nie obędzie się bez strat w ludziach.

Chociaż „Starship: Bunt” przedstawia kosmos w sposób nieco naiwny i niezbyt wiarygodny pod kątem naukowym, to jednak nie brak tu wydarzeń dramatycznych. Resnick, przymykając oko na realizm, skupia się w zamian na relacjach między członkami załogi. Opisuje je przekonująco, choć nieco powierzchownie, ale nie zapominając, iż człowiek jest tylko człowiekiem i ma prawo do słabości. Reguła ta dotyczy także różnego rodzaju obcych.

Zresztą, fantazyjni kosmici są, obok głównego bohatera, najciekawszym elementem załogi „Teodora Roosevelta”. Inwencja, jaką Resnick wykazał się przy ich tworzeniu, z pewnością zadowoliłaby nawet George`a Lucasa czy Gene`a Roddenberryego. Sam wszechświat również ma w sobie to coś, co sprawia, że konflikt Republiki z Teroni zaczyna czytelnika interesować. Szybko zwraca on uwagę na absurdalność biurokracji Republiki i przesadę w podejściu do hierarchii i regulaminów. Zaczyna kibicować głównemu bohaterowi w jego zmaganiach z wrogą Federacją i nieprzychylną generalicją. Nie da się ukryć, że to Cole gra tu pierwsze skrzypce i to na nim zasadza się akcja książki. To jemu towarzyszymy przez cały czas. Cole jest tu zresztą jedyną pełnowymiarową postacią. Pozostali to bohaterowie drugiego planu, istotni, ale pozostający w tle. Również sprawy galaktyki, obecność mediów, problemy społeczne nie mają tu większego znaczenia – służą zaś zawiązaniu akcji.

Postawienie na postać Wilsona Cole`a – energicznego, aktywnego i zaangażowanego w walkę oficera – wzmogło dynamizm płynący z akcji książki. Jego nieco ironiczne zachowanie, nonszalanckie wobec dowództwa, ale odpowiedzialne wobec obywateli Republiki, dodało jej przy tym lekkości i przygodowego charakteru. Umiejętnością logicznego myślenia bohater ten nie ustępuje zaś żadnemu z największych dowódców statków w filmach i serialach science-fiction. Może to zresztą tu tkwi mała wada tej powieści – zbyt łatwo udaje mu się rozgryźć przeciwnika i zbyt dużo mu się udaje.

Nie jest to jednak jakiś szczególnie duży problem. W końcu miało być rozrywkowo, a wyidealizowanie bohatera na pewno pozytywnie na tę kwestię wpływa. Świadomym zabiegiem jest również sposób w jaki Resnick konstruuje fabułę powieści. Znajdziemy tu stare, utarte schematy, ale tak umiejętnie podane i tak fajnie rozegrane, że książkę czyta się na jednym tchu. Sprzyja temu również to, jak Resnick prowadzi narrację. W „Starship: Bunt” nie znajdziemy bowiem zbyt wielu opisów. Dominują dialogi i nawet w chwili, gdy bohater ucieka samotnie przed wrogimi Bortelitami, zaczyna prowadzić monolog. To kolejny zabieg, który przyspiesza akcję książki.
Warto jeszcze wspomnieć o tym, że w powieści znajdują się aneksy, w których autor wspomina o tym, jak powstał koncept na wszechświat Pierworodnych. Znajdziemy tu też chronologicznie przedstawiony spis twórczości Resnicka, związanej z tym uniwersum. Dowiemy się kilku dodatkowych informacji na temat rasy obcych – Polonoi, ale przede wszystkimi przeczytamy opis postaci prezydenta USA, Teodora Roosevelta, którego imię stało się nazwą okrętu wojennego w powieści. To jak Resnick pisze o tym podróżniku, pisarzu i polityku, to prawdziwa wisienka na bardzo słodkim torcie.

„Starship: Bunt” nie jest taką książką, która oszałamia czytelnika nie dając o sobie zapomnieć – i bardzo dobrze! Zamiast tego dostajemy powieść, przy której możemy się po prostu zrelaksować. Resnick oferuje rozrywkę na niezłym poziomie, pełną przygód z galopującą akcją i charyzmatycznym bohaterem. Mamy potężne statki kosmiczne, międzyplanetarne potyczki i ryzykowne manewry. Jest odrobina dramatyzmu, są chwile napięcia – po prostu klasyczna space opera. Czego chcieć więcej?

Ocena: 4/5

Dyskusja