Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Halderd cierpiąca, Halderd zwycięska – recenzja książki „Ja jestem Halderd”

Jestem usatysfakcjonowany. Powiem więcej, dostałem więcej niż się spodziewałem. Elżbieta Cherezińska spełniła moje nadzieje i napisała książkę, która nie tylko nie nuży, ale autentycznie wciąga czytelnika.

„Ja jestem Halderd” to druga część „Północnej Drogi”, opowieści o wikingach, ich kobietach, o pierwszych latach chrystianizacji Norwegii i przede wszystkim o uczuciach. Książka przedstawia losy Halderd z Sognefjordu, kobiety, żony i w końcu pani Ynge – krainy na południe od znanych nam z „Sagi Sigrun” ziem Regina. Cherezińska znów przenosi nas do końca X wieku naszej ery.

„Ja jestem Halderd” nie jest jednak zwykłą kontynuacją poprzedniej części „Północnej Drogi”. Akcja książki osadzona jest w tym samym czasie co „Saga Sigrun” i przedstawia znane nam już wydarzenia i postaci w nowym świetle. Niektóre fakty mogą być naprawdę zaskakujące i trzeba to autorce przyznać – mimo iż od początku wiadomo jak potoczą się losy bohaterów (jeśli ktoś czytał „Sagę Sigrun”), to ponowna wizyta u wikingów pozostaje intrygująca. Nawet przepowiednie wieszczki Urd nie psują tego stanu rzeczy.

Spora tu zasługa samej narracji. Wydarzenia poznajemy z perspektywy Halderd, która nie trzyma się kurczowo chronologii. Często opowiada o tym, co jest dla niej najważniejsze, by później wrócić i wyjaśnić czytelnikowi jak doszło do danego zdarzenia. Zabieg ten Cherezińska zastosowała także w „Sadze Sigrun”, ale tu pojawia się on zdecydowanie częściej, a to wychodzi książce na dobre. Szkoda, że autorka nie odważyła się postawić kropki nad i bardziej stylizując język powieści, choć i tu widać pewien progres w stosunku do pierwszej części „Północnej Drogi”. Trzeba przy tym wytknąć autorce zbytnią nonszalancję i kolokwializm językowy. Nie raz i nie dwa trafimy na sformułowania, które w żadnym wypadku nie pojawiłyby się w rozmowach wikingów. Nie zdarza się to często, ale momentami wywołuje dysonans i powraca wrażenie użycia rzeczywistości Norwegii X wieku jako ornamentu, jako mało znaczącego tła dla opowieści o przeżyciach głównej bohaterki.

Trzeba jednak pamiętać o tym, że to właśnie Halderd jest tu najważniejsza. W przeciwieństwie do swej poprzedniczki, Sigrun, jest ona postacią, która może zainteresować czytelnika. Nie wszystkie jej działania wzbudzają sympatię, nie wszystkie można uznać za moralnie słuszne, nie ze wszystkim można się identyfikować, ale to właśnie to sprawia, że bohaterka ta wzbudza emocje i intryguje. Nie mamy już wrażenia, tak jak to było wcześniej, że wszystko samo się dzieje. Halderd nic nie przychodzi z łatwością, o to na czym jej zależy – status społeczny, miłość, przyszłość dla dzieci – musi walczyć. Postać ta jest po prostu bliższa prawdziwemu życiu, temu jakie znamy na co dzień. Cherezińska dobrze buduje jej rys psychologiczny, ale nie ogranicza się tylko do niej. Autorka umiejętnie rozkłada akcenty opowieści zwracając uwagę czytelnika także na inne postacie. One też mają uczucia i problemy. Widać to szczególnie w przejmującej scenie, w której bezradny Helgi prosi Halderd, swą żonę, o to by go pokochała. Świat Cherezińskiej w końcu zaczął tętnić życiem, tym prawdziwym, nie powieściowym. Być może autorce lepiej wychodzą postacie tragiczne, z problemami – postacie cierpiące i niejednoznaczne.

„Ja jestem Halderd” to najlepszy przykład na to, jak istotny dla opowieści jest odpowiedni bohater i jak wiele świeżości może on do niej wprowadzić. To co raziło w „Sadze Sigrun” tu schodzi na dalszy plan, choć wciąż można narzekać na brak obiecywanego nam wówczas detalu czy prostotę języka. Na szczęście ,w pełni rekompensuje to główna bohaterka i fabuła powieści. I to nawet biorąc pod uwagę słabe, odstające od całości zakończenie książki. „Ja jestem Halderd” nie jest być może jakimś unikalnym dziełem, które każdy powinien przeczytać, ale mimo to warto po nie sięgnąć. Przed nami jeszcze Saga Einara. Oby kolejna część była równie ciekawa. Postać Einara – człowieka silnego i słabego zarazem, rozdartego między miłością do Boga i do kobiety, między pogańską Norwegią, a Norwegią chrześcijańską – ma na tyle duży potencjał, że właściwie można być pewnym, że Cherezińska i tym razem nie zawiedzie.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja