Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kolejna batalia z Wojen Klonów – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks. Wydanie Specjalne 1/2010. Generał Grievous”

Tym razem z samym Generałem

Ale gratka! – zakrzykną fani Gwiezdnych Wojen na widok okładki marcowego wydania specjalnego Star Wars Komiks. I nie ma się czemu dziwić. Tym razem numer poświęcono jednej z najbardziej charyzmatycznych postaci nowej trylogii, samemu generałowi Grievousowi. Czy jednak jego obecność to wystarczający powód do tego, by zainteresować się tym komiksem?

Opowieść prezentowana nam tym razem, nosi tytuł „Generał Grievous” i na amerykańskim rynku pojawiła się w 2005 roku, najpierw jako cztero- zeszytowa seria, a potem jako zbiorczy album. Okładka, która zdobi polską wersję językową, pochodzi z ostatniego zeszytu serii. Akcja opowieści umiejscowiona jest dwa lata po Ataku Klonów i rok przed Zemstą Sithów. Na 96 stronach komiksu mamy okazję poznać jeden z epizodów wojny, która skończy się zniszczeniem zakonu Jedi i Starej Republiki. Oto padawan Flynn Kybo traci swego Mistrza w walce z Grievousem. Pragnąc zemsty i chcąc zapobiec dalszym zabójstwom Jedi, proponuje on Radzie śmiały plan wyeliminowania zagrożenia jednym, celnym uderzeniem. Mistrzowie Jedi interpretują tę akcję jako próbę zabójstwa i odrzucają jako sprzeczną z zasadami Zakonu. Flynn Kybo, nie mogąc się z tym pogodzić, buntuje się przeciwko Radzie i postanawia pozbyć się Grievousa na własną rękę. W międzyczasie generał podbija jedną z planet Ugnaughtów i bierze w niewolę młodzików Jedi.

Opowieść ta to klasyczna gwiezdnowojenna historia. Mamy tu zbuntowanego, młodego padawana, nie rozumiejącego postanowień Rady Jedi; mamy groźnego, złego przeciwnika i misję, która może zadecydować o losie całej wojny i zmienić rozkład sił w galaktyce. Fabularnie nie mamy więc do czynienia z niczym odkrywczym, ale jest tu jednak pewien potencjał. Niestety, scenariusz nie tylko go nie wykorzystuje, ale wręcz niweluje.

Jednym z głównych powodów takiego stanu rzeczy są jednowymiarowe postacie. Oprócz głębi brak im też czegoś, co by przyciągało do nich na dłużej. Jedynym wyjątkiem jest tu Mistrzyni Jedi Z’Meer Bothu, przydzielona Flynnowi po śmierci jego starego Mistrza, ale pojawia się ona jako postać drugoplanowa. Do tego trudno tak naprawdę powiedzieć o kim jest ten komiks: nie koncentruje się w wystarczającym stopniu ani na postaci Grievousa, ani na Flynnie Kybo, ani na porwanych młodych padawanach. Jednocześnie stara się przybliżyć losy i motywy wszystkich tych bohaterów. To sprawia, że sens tej historii zaciera się i nie bawi ona tak, jak wymagalibyśmy od opowieści ze świata Star Wars. Co więcej, scenarzysta wykorzystuje postacie pretekstowo i schematycznie, nie wnosząc nic nowego do kanonu. Z komiksu nie dowiemy się właściwie niczego istotnego, ani ubogacającego uniwersum gwiezdnowojenne. Sam scenariusz ukazuje ponadto kilka dość mało wiarygodnych i naciąganych wydarzeń.

Niewykorzystany potencjał objawia się jeszcze poprzez jeden ważny element. To zaś wiąże się z charakterem całej opowieści. Najlepiej zobrazuje to opis jednej ze scen, w której młoda padawanka sprzeciwia się Greviousowi, atakując go. Ten obezwładnia ją szybko i pokazuje jak dużą ma władzę, nakazując zniszczenie budynku, w którym znajduje się cała populacja Ugnaughtów. Ich śmierć jest jednak bezosobowa i mało przejmująca – nie widzimy ich tragedii nawet przez chwilę. Odczucia padawanki zasygnalizowano tylko na jednym kadrze, a i to dość oszczędnie.

A co gdyby w tej sytuacji Grievous spróbował zmusić bohaterkę do zabicia jednego ze swych współtowarzyszy, grożąc zabiciem wspomnianych Ugnaughtów? Co gdyby los tej rasy zrzucić na barki tak młodej osoby? Fabuła „Generała Grievousa” mogła być doskonałą okazją do stworzenia mrocznego i poruszającego dzieła. Zamiast tego powstała lekka, przygodowa rąbanka. Komiks niby pokazuje dramatyczne wybory, jakich muszą dokonywać członkowie zakonu Jedi, ale niestety nie jest on skierowany do dojrzałego czytelnika, a do nastolatka zapatrzonego bezkrytycznie we wszystko co ma logo Star Wars na okładce.

Jeśli więc scenariusz nie jest mocnym punktem komiksu, to może lepiej wypadają rysunki? Niestety, tu również nie jest zbyt dobrze. Nie chodzi jednak o kreskę, nawiązującą do amerykańskiego stylu rysowania spod znaku Marvela i DC. Estetyka ta ma pewne znaczenie, gdyż charakterystyczne dla niej są uproszczenia teł i postaci, brak szczegółów oraz mocne, kontrastowe cieniowanie. Elementy te wpływają na odbiór opowieści, ale prawdziwy problem polega na tym, że w komiksie nie ma na czym zawiesić oka. Rysunki ani nie zapadają w pamięć, ani nie robią wrażenia na czytelniku – nawet te, na których mamy splash-page’e z generałem Grievousem. Brak tu bowiem wyrazistości i widowiskowości znanej z filmów.

Komiks cechuje nieco karykaturalne przedstawienie postaci, które nie zawsze jest rozsądnie użyte. Przykładem może tu być pojawiający się epizodycznie Mistrz Yoda, którego twarz jest zbyt ludzka, upodobniająca go raczej do gremlina niż do wizerunku znanego z filmów. Dotyczy to także wielu innych „dobrych” postaci, które przez kreskę i cieniowanie zostały ukazane jako bardziej złowieszcze. O ile zabieg ten wydaje się fabularnie uzasadniony, o tyle niestety nie wychodzi on zbyt dobrze w praktyce.

Na koniec wypada jeszcze wspomnieć o jednym, drobnym, ale dość kuriozalnym błędzie korektorskim. Trudno się bowiem nie uśmiechnąć, czytając jak jeden z uwięzionych, młodych padawanów dodaje otuchy swoim towarzyszom słowami: „Ukryjcie strach. Jesteśmy parawanami Jedi. Z odwagą stawimy czoło wszystkiemu, co przyniosą nadchodzące dni…”.

Wpadka ta nie wpływa oczywiście na odbiór przedstawianej nam opowieści. „Generał Grievous” to komiks przeciętny, nie wzbudzający większych emocji, a przez to nieciekawy. Polecić go można w zasadzie tylko zagorzałym fanom Star Wars i tytułowego cyborga. Reszta będzie się przy nim zwyczajnie nudzić.

Dyskusja