Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Halloween”

„Halloween” Johna Carpentera z 1978 roku to dzieło kultowe. Trudno wyobrazić sobie, by ktoś nazywający się miłośnikiem kina grozy, mógł nigdy o nim nie słyszeć. Kolejne odsłony filmu, lepsze bądź gorsze, zawsze budziły mnóstwo emocji, a postać Michaela Meyersa urosła do miana legendarnej. Kiedy więc świat obiegła wieść, że Rob Zombie planuje wskrzesić serię poprzez nakręcenie remake’u, miłośnicy horroru byli pełni obaw. Czy słusznie?

Akcja filmu zaczyna się w 1963 roku w Haddonfield, w stanie Illinois. Michaela Meyersa poznajemy jako chłopca w wieku szkolnym. Nie jest on typowym dzieckiem. Trudno mu nawiązać kontakty z rówieśnikami. Jest wyśmiewany, pełen kompleksów, a na dodatek nienawidzi wszystkich członków swojej rodziny, poza młodszą siostrą. Wychowany w patologicznej rodzinie, gdzie matka pracuje jako prostytutka, a ojciec to alkoholik i niudacznik, pewnej listopadowej nocy dokonuje w domu masakry. Pod nieobecność rodzicielki zabija domowników, oszczędzając jedynie małą Laurie. Trafia do zakładu dla umysłowo chorych, jednak jakiekolwiek próby terapii i socjalizacji spełzają na niczym. W piętnastą rocznicę tragicznych wydarzeń udaje mu się zbiec. Jego opiekun, dr Loomis, ma uzasadnione obawy, że Michael planuje dalsze zbrodnie.

„Halloween” w reżyserii Roba Zombie składa się z dwóch części. W pierwszej, trwającej niemal pół godziny, poznajemy losy młodego Michaela, druga zaś zaczyna się wraz z ucieczką mordercy z zakładu psychiatrycznego. Tak długie wprowadzenie do właściwej części filmu uważam za dobry zabieg. Scenarzyści wykorzystali ten czas aby pokazać, w jak ciężkiej sytuacji znajdował się Michael i nakreowali jego portret, który pomaga lepiej zrozumieć późniejsze postępowanie zbrodniarza. Już jako mały chłopiec Michael jawi się jako człowiek pozbawiony nie tylko litości czy wrażliwości na cierpienie innych, ale jakichkolwiek ludzkich uczuć. Tak naprawdę nieznane są pobudki, jakimi kierował się oszczędzając życie maleńkiej siostry. Na podstawie pierwszej części filmu można zaryzykować tezę, że Meyers morduje tylko tych, którzy w jakiś sposób mu się narazili. Tymczasem późniejsze jego dokonania zdają się temu przeczyć.

Michael Meyers jest postacią niezwykle zagadkową i można pokusić się o stwierdzenie, że w tym tkwi jego fenomen. Przyglądając się kolejnym scenom „Halloween”, trudno orzec, czy Meyers to inteligentny i wyrachowany morderca, czy może prymitywny zbrodniarz. Rozmaite czyny, których dopuszcza się na przestrzeni scenariusza przysparzają silnych argumentów zwolennikom obu poglądów. Pewne jest natomiast, że Michael Meyers to postać bezwzględna i okrutna – zarówno w dziecięcym, jak i dorosłym wydaniu. Twórcy serwują widzom mnóstwo brutalności. Krew leje się tutaj hektolitrami, a kolejne zbrodnie popełniane są przez Meyersa z zaskakującą finezją. Co ciekawe, morderca dokonując zbrodniczych czynów przynajmniej kilkakrotnie przerywa nastoletnim kochankom ich miłosne igraszki, co niejako wymusiło na twórcach zaserwowanie widzom sporej dawki niezbyt wyrafinowanej erotyki. Jest więc zamaskowany morderca, są nagie kobiece biusty i brutalne sceny morderstw. Opierając się na pewnym stereotypie, możnaby stwierdzić, że mamy w „Halloween” wszystko, czym powinien charakteryzować się typowy hollywoodzki slasher. Jednak czy na pewno?

„Halloween” nie jest filmem idealnym. Głównym zarzutem, jaki można wobec niego wystosować, jest czas projekcji. O ile rozległy wstęp można potraktować jako zaletę opisywanej produkcji, o tyle nieco ponad siedemdziesiąt minut przeznaczone na właściwą część filmu okazuje się czasem już bardzo krótkim. Tempo akcji jest szybkie, aż nadto i przez to pozostawia spory niedosyt.

Trudno natomiast narzekać na oprawę muzyczną, która w „Halloween” doskonale spełnia swoją rolę i ma duży udział w budowaniu mrocznej, przepełnionej niepokojem atmosfery podczas oglądania. Bardzo przyzwoicie prezentuje się też aktorstwo. Wprawdzie do niektórych członków obsady można mieć drobne zarzuty, jednak większość spisała się w swoich rolach naprawdę dobrze. Szczególnie dobre wrażenie robi Sheri Moon Zombie jako zatroskana matka Meyersa, a także nastoletni Deag Faerch, wcielający się w młodego Michaela.

„Halloween” to jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń w kinie grozy na przestrzeni ostatnich kilku lat. Rob Zombie w świetnym stylu udowodnił, że remake nie zawsze musi dalece odbiegać jakością od oryginału i nawet, jeśli trudne jest osiągnięcie poprzeczki pierwowzoru, to można nakręcić film na przyzwoitym poziomie, godny pokazania go światu bez większych kompleksów. „Halloween” Roba Zombie, choć niepozbawiony drobnych wad, jest filmem zdecydowanie wartym zobaczenia.

Ocena: 4/5

Dyskusja