Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Teoria Zabijania”

Kill Theory

„W głębi serca… wszyscy jesteśmy zabójcami.”

Film rozpoczyna się od kilku gazetowych wycinków, opisujących straszny wypadek sprzed kilku lat, kiedy to alpinista, aby sam się uratować, odciął linę utrzymującą jego trójkę przyjaciół. Jest to wprost do widza skierowane pytanie: jak daleko się posuniesz, aby ocalić swoje życie? Aby nie zmęczyć się zbytnio myśleniem, odpowiedź mamy od razu podaną na tacy, twórcy „Teorii Zabijania” przez ponad godzinę próbują nam udowodnić, że w skrajnej sytuacji każdy człowiek jest skrajnym egoistą i zrobi wszystko, aby ocalić skórę.

Dzieło Chrisa Moore’a to typowy slasher z całym dobrodziejstwem inwentarza, każdy więc, kto zdecyduje się go obejrzeć, musi mieć pełną świadomość na co się porywa: będzie krew, młodzi i szybko-umierający bohaterowie, trochę seksu oraz sztampa w najlepszym stylu „Krzyku” czy też „Koszmaru minionego lata”. Dla jednych sama próba zbliżenia się do tego byłaby najprawdziwszym koszmarem, natomiast dla innych, zaprawionych w wielu gore-feastowych bojach widzów, będzie to przyjemny seans i okazja do przypomnienia sobie prekursorów gatunku.

Gra aktorska jak przystało na tego typu produkcję jest bardzo zła, lub bardzo dobra, w zależności na kogo akurat patrzymy. Poziom jest nierówny, ale też z drugiej strony, w takim filmie mocno konwencyjnym, czasami ciężko odróżnić faktyczny brak talentu od pastiszu. Aktorzy odgrywający swoje role to może nie pierwsza liga, ale każde z nich ma na swoim koncie już kilkuletnie doświadczenie, tak więc reasumując – ogląda się ich przyjemnie, nawet w tych przerysowanych, z pozoru fatalnych kreacjach.

Natomiast to, co zakuło mnie mocno w oczy, to złej jakości efekty obrażeń. Słaba, mało realistyczna krew, kiepskie dziury po kulach i ostrzach, jakby producenci chcieli dać się wykazać jakiemuś studentowi, zamiast oddać pracę profesjonalistom. Prawdopodobnie przeważyły względy finansowe, ale na ekranie to niestety widać, a jak na film z tego gatunku to dość duży minus, akurat ten element powinien być moim zdaniem dograny do perfekcji.

„Teoria Zabijania” nie sili się na film ambitny, jest średnio-dobrze zrealizowanym thrillerem z wieloma odniesieniami do klasyki, za co należy jej się plus. Dodatkowo, co mnie mocno zaskoczyło – paradoksalnie zaskakuje pointą. Można powiedzieć, że 99% jest przewidywalne do bólu, a ten 1 procencik zostawia na koniec miłe wrażenie, które nie pozwala natychmiast o nim zapomnieć. Wszyscy pamiętają finał „Saw”, gdyby nie te ostatnie 5 minut, cały film byłby kolejną produkcją z pod znaku płaszcza i flaków.

Na ekranie obserwujemy zmieniające się relacje między postaciami. W obliczu ataku psychopatycznego mordercy, każdy zachowuje się inaczej, jeden panikuje, drugi zgrywa bohatera, ktoś udaje obojętność – pełen przekrój zachowań, ale cel jest jeden: przeżyć. Napastnik pozostawia bohaterom ultimatum, albo wszyscy zginą, albo zostanie tylko jeden, ale po trupach swoich współtowarzyszy – schemat powielony ze wspomnianej „Piły”.

I stadium: paczka z pozoru zgranych przyjaciół jedzie na letni wypad do domu na odludziu.
II stadium: rysa na szkle, wychodzą pierwsze nieporozumienia, jakieś zadry z przeszłości.
III stadium: otwarty konflikt i walka o przetrwanie.
IV stadium: regularna wyżynka.

Bardzo prosty układ, tylko po raz kolejny podany w nowej formie. Taki film nie może zasłużyć na ocenę wyżej niż 3/5 nawet dla fanów, natomiast wielbiciele ambitniejszego kina, mogą całkowicie go sobie odpuścić, bo szkoda czasu.

Ocena: 3/5

Dyskusja