Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wielkomiejski Big Brother – recenzja książki „Mediapolis”

Ech, a wydawało się, że będzie tak wspaniale. Oto przed człowiekiem otworzyły się nowe możliwości. Nadeszła era informacji. Można by pomyśleć, że dzięki zdobyczom techniki: radiu, telewizji, i internetowi, nasz gatunek wreszcie wstępuje na ścieżkę rozwoju i rozkwitu cywilizacji. Któż mógł przypuszczać, że nowe media elektroniczne, zamiast nieść światło wiedzy, zaprowadzą nowe średniowiecze dla mas?

I choć każdy kij ma dwa końce; i choć można użyć noża tak do krojenia chleba, jak i do patroszenia bliźnich; i choć wszystko zależy od rozsądku operatora narzędzia, to jednak negatywna strona mediów objawiła się w większym stopniu niż się spodziewano. A do tego ogromnie marnujemy potencjał, jaki tkwi w środkach masowego przekazu. Media wyzwoliły w nas najmroczniejsze instynkty – żywią się nieszczęściem, epatują głupotą, bezpardonowo wdzierają się w sferę intymności, nadmiernie brutalizują rzeczywistość, deformują ją i
przedstawiają w krzywym zwierciadle. Co gorsza, można odnieść wrażenie, że człowiek nie kontroluje sytuacji w pełni. Zalewani setkami informacji, przestaliśmy nad nimi panować. Bezwładny system dryfuje w nieznanym kierunku. Jedno jest pewne – dla nas nie wyjdzie z tego nic dobrego.

„Mediapolis” to ekstrapolacja tego trendu. Jak każda dystopia przedstawia opresyjne społeczeństwo, w którym jednostki się nie liczą, a poczucie ciągłego zagrożenia i nieubłagana kontrola władz towarzyszą obywatelom na co dzień. Bohaterem książki jest Abel, młody chłopak, zakochany po uszy w Annie. Z masy szarych ludzi wyróżnia go to, że jako jedyny potrafi wyłączyć telewizor. W świecie Mediapolis urządzenia te, służące rządowej propagandzie, są włączone 24 godziny na dobę, a w razie awarii są natychmiast naprawiane. Ablowi jakoś udaje się obejść zabezpieczenia, a to naraża go na spore niebezpieczeństwo.

Prawdziwy problem pojawia się jednak dopiero, gdy Anna znika bez śladu, a jej kochaś decyduje się odnaleźć ją za wszelką cenę. Od tej chwili Abel staje się osobą wyjętą spod prawa. Uciekając, bohater trafi w najmroczniejsze zakamarki Mediapolis, państwa-miasta zwanego Złotą Republiką. Odkryje jego prawdziwe oblicze i dowie się w jak wielkim zakłamaniu był zmuszony żyć.

Kopecki czerpie z najlepszych tradycji. Opis książki na okładce kusi obietnicą połączenia najlepszych elementów orwellowskiego „Roku 1984”, „Łowcy androidów” Scotta i „V jak Vendetta” Moore`a i Lloyda. Można by tu jeszcze dorzucić „Truman Show”, ale nie ma tak naprawdę większego znaczenia to, ile tytułów jeszcze tu wymienimy. „Mediapolis” nie dorasta tym dziełom do pięt. Autor niestety nie poradził sobie z tematem, którego w zasadzie nie dało się zepsuć. Koncepcja zamkniętego miasta, będącego w istocie jednym wielkim reality show, nie jest przecież wcale zła.

W dużej mierze winę za to ponosi styl, jakim książka została napisana. Niewprawnie sklecone zdania, niezgrabne zwroty, sztuczność dialogów i ubogi zasób słownictwa, spychają na drugi plan samą opowieść. Ta warstwa książki również pozostawia wiele do życzenia. Kuriozalne rozwiązania akcji i absurdalne wydarzenia „z czapy” sprawią, że niejeden czytelnik złapie się za głowę i odrzuci „Mediapolis” z niesmakiem. Podobnie jest ze światem opisanym w książce – brutalnym, balansującym na granicy pornografii i dobrego smaku. Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, iż jest to tylko zasłona dymna na zasadzie: są cycki, jest okejka. Bezkompromisowość i okrucieństwo nie tuszują odczucia, że w przeciwieństwie do Roku 1984, czy Przenajświętszej Rzeczypospolitej Jacka Piekary rzeczywistość „Mediapolis” jest niewiarygodna, a do tego wtórna. Gdyby chociaż postacie były
ciekawe, ale są one tak płytkie, jednowymiarowe, a przede wszystkim wydumane, że trudno powiedzieć o ich konstrukcji coś pochlebnego. To dlatego „Mediapolis” nie sprawdza się nie tylko jako dystopijna powieść o medialnym totalitaryzmie, ale i jako historia sensacyjno-przygodowa.

Rozrywka płynąca z czytania tej pozycji jest wątpliwa, a o walorach narracji i fabuły niewiele dobrego można powiedzieć. I gdyby nie to, że „Mediapolis” to jedna z tych opowiastek, które w wieku co najwyżej piętnastu lat lubią sobie wymyślać i opowiadać chłopcy o wybujałej wyobraźni, to można by ją uznać za zwyczajny produkt na miarę telewizyjnej papki naszych czasów. A może to właśnie jest właściwy trop do odczytania tej książki? Byłoby to wspaniałe usprawiedliwienie. Niestety, nic nie wskazuje na to, że autor świadomie rzuca wyzwanie przenikliwości czytelników. Szkoda. Dobrze, że chociaż okładka jest ładna.

Ocena: 1.5/5

Dyskusja