Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Powrót do klasycyzmu – recenzja książki „Chindi”

Coraz większa liczba pisarzy, tak polskich jak i zagranicznych, sięga po sprawdzone metody pisania powieści gatunkowych. Wydawać by się mogło, że wracamy do kanonu fantastyki, choć nie brak także literackich eksperymentów. W przypadku dzieł Jacka McDevitta mamy do czynienia ze zdecydowanym zwrotem w kierunku źródeł i klasyki s-f.

„Chindi” jest drugą książką z cyklu Akademia. Koncept fabularny opiera się na kontakcie z obcą cywilizacją. Priscilla Hutchins, kapitan statku nadświetlnego, marzy o przejściu na emeryturę i odpoczynku od niebezpieczeństw kosmicznych podróży. Jej życzenie jest bliskie spełnienia, jednak przedtem musi wyruszyć w ostatni rejs. Podróż ta zapowiada się o tyle kłopotliwie, że 'Hutch' ma lecieć z nietypową załogą, składającą się z członków Stowarzyszenia na rzecz Kontaktu. Organizacja ta powszechnie uważana jest za zgrupowanie wariatów, fanatycznie poszukujących obcych. Ma być to podróż sentymentalna do gwiazd, tymczasem wyprawa nabiera zupełnie nieoczekiwanego tempa, a wszystko to za sprawą zlokalizowania nadajników obcej cywilizacji.

Akcja powieści McDevitta rozgrywa się stopniowo, w równym tempie. Nie ma w niej nagłych zwrotów czy specjalnych zaskoczeń. Fabuła jest linearna i zmierza od klasycznego początku do ustatkowanego końca. Momentami czytelnik zaciska kciuki, myśląc „już teraz, zaraz stanie się COŚ”, jednak sztucznie reanimowane podniecenie wkrótce stygnie. Zaangażowanie czytelnika w opowieść jest wprost proporcjonalne do rozwoju fabuły: na ustalonym poziomie, z niewielką ilością wahań.

Bohaterowie „Chindi” także wydają się być prości, wykrojeni według szablonu. 'Hutch' jest twardą, przestrzegającą zasad panią kapitan, która cierpi na okresowe braki mężczyzny. Członkowie załogi jej statku, choć bardzo różnorodni, także idealnie wpasowują się w narzucone im modele: naukowca, biznesmena, aktoreczki. Nie znaczy to, że nie wzbudzają czytelniczej sympatii. Wręcz przeciwnie, trudno tych bohaterów nie polubić. Doceniamy ich tym bardziej, im lepiej wpasowują się w fabularną całość.

Największą zaletą powieści jest jej język. Zdobywca Nebuli raz jeszcze udowadnia, że potrafi pisać w sposób interesujący nawet wtedy, kiedy nie opowiada niczego zaskakującego. McDevitt operuje prostymi, sugestywnymi opisami, które same obrazują się w czytelniczej głowie. Dzięki temu nawet na pozór nudne czynności załogi statku nabierają kolorytu. Nie można także odmówić pisarzowi swoistego kunsztu w dopasowaniu tempa narracji do historii. Przyzwyczailiśmy się, że podróże międzygwiezdne opisywane są szybko, wartko i z polotem. Tymczasem autor „Chindi” dostosował opisy do realnej wizji takich wypraw: wszystko idzie ciężko, wolno, realizując narzucone nań najróżniejsze ograniczenia. Dzięki temu powieść zyskuje na realizmie.

Wydanego nakładem wyd. Solaris „Chindi” nie da się podsumować jednoznacznie. Wielbiciele gatunku na pewno będą zadowoleni z tej publikacji. Nawet pomimo tego, że nie wnosi ona nic specjalnie nowego w stosunku do dzieł mistrzów s-f. Ci jednak, którzy poszukują naprawdę twardego s-f, mogą być rozczarowani brakiem szczegółów technologicznych, choć i dla nich znajdzie się w tej powieści kilka smaczków. Nie polecam natomiast tej powieści tym czytelnikom, którzy preferują zdecydowanie szybką akcję i gorący wir wydarzeń.

Książka jest objęta patronatem Bestiariusza.

Ocena: 4/5

Dyskusja