Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja “Science Fiction Fantasy i Horror” nr 54

Rozmawiają: Emil 'Galathar' Marcinkowski (EM) i Beata 'Wiedźma' Kukiełka (W)

EM: Omawiając kwietniowy numer, trudno nie zacząć od okładki. Kolorowa, jaskrawa, krzykliwa, wręcz przeładowana formalnie – jak zobaczyłem ją pierwszy raz, byłem naprawdę zaskoczony. Pomyślałem sobie wtedy: „Wow, to jest SFFiH?”. Poczułem się, jakbym czytał pismo odświeżone, jakbym miał do czynienia z zupełnie nową jakością.

W: Bez wątpienia jest inna od tego, do czego SFFiH nas przyzwyczaiło. Pomysł na zmianę wydaje się dobry, choć mnie się kwietniowa okładka nie podoba.

Kojarzy mi się z fragmentem „Potęgi smaku” Zbigniewa Herberta, w którym poeta mówi: „bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”, podkreślając aseksualność mięsistych, pozbawionych delikatności kobiet. O wiele bardziej przypadła mi do gustu treść. Zwłaszcza rozważania Romualda Pawlaka, zatytułowane „Prosto z lodu”, przykuły moją uwagę. Pierwszym skojarzeniem była powieść Dukaja, okazało się jednak, że chodzi o lód z whisky. Autor znalazł znakomity pretekst do tego, by lekko rozpocząć krótkie rozważania o przemijaniu, wspomnieniach i kapsułach czasu. Motywem przewodnim pozostaje jednak odnaleziony na Antarktydzie stuletni alkohol, pozostawiony tam przez podróżnika Ernesta Shackletona na początku ubiegłego wieku.

EM: Romulad Pawlak lubi w ten sposób konstruować swoje felietony, wybiegając od jednego, niby zwyczajnego faktu, do rozważań nad człowiekiem, otaczającą go rzeczywistością i tym, co po nas pozostanie. Nawiasem mówiąc, kwestie te przewijają się u niego ostatnio dość często. Mnie się również ten tekst podobał, bo i Pawlak ciekawie pisze i daje do myślenia. Bardziej jednak zwrócił moją uwagę Andrzej Pilipuk. Jeśli tylko nie przedstawia on swoich poglądów, często dość kontrowersyjnych (np. spojrzenie na fantasy i fantastykę ogólnie), a zamiast tego drąży tematy okołoliterackie lub historyczne, jak w tym numerze, to ja go łykam na jednym tchu w całości. Autor opisał potencjał, jaki dla literatury, nie tylko fantastycznej, nosi w sobie Warszawa. Jest to coś, czym nasi młodzi autorzy rzeczywiście powinni się zainteresować.

W: Czytając Pilipiuka, bardziej zwróciłam uwagę na sam fenomen powstawania „mitów lokalnych” niż na podkreślany przez niego fakt, że w przypadku stolicy, tak przecież bogatej w historię, praktycznie nikt nie tworzy ani nie wykorzystuje tych legend. Autor podkreśla, że nawet ciekawe opowieści są mało żywotne. Niemniej, tekst Pilipiuka zainteresował mnie bardziej niż wzajemna polemika Krzysztofa Sokołowskiego z Jarosławem Grzędowiczem. Pomimo niezwykle ważkiego problemu, poruszanego przez obu panów, odniosłam wrażenie, że jest to bardziej przyjacielska przepychanka słowna niż faktyczne wniknięcie w głąb problematyki publikowania książek w internecie i praw autorskich w ogóle.

EM: Zgadzam się co do oceny tej wymiany zdań. Szczególnie Sokołowski zbyt duży nacisk położył na barwny język odpowiedzi, zacierając tym samym sens wypowiedzi, chociaż w całym sporze skłaniam się raczej właśnie w jego stronę. Po prostu podejście do spraw autorskich w dzisiejszych czasach musi się zmienić. Grzędowicz widzi przyszłość trochę w zbyt ciemnych barwach, acz skutecznie odpowiada na krytykę. Oba teksty są dla mnie jednak ważne z innego powodu: pokazują najdobitniej, że polemika jest potrzebna; pokazują różnorodność opinii i prowokują do dyskusji. Blogosfera fantastyczna (i nie tylko) powinna zająć się tematem.

W: Zostawiając na boku publicystykę, warto przyjrzeć się zawartym w kwietniowym numerze opowiadaniom. Uważam, że najlepiej wypadł tekst Marcina Wełnickiego pt. „Święty z Issyk-Kul”. Oś fabularna opiera się o pandemię czarnej śmierci, toteż klimat opowieści jest stylizowany na XIV-wieczną rzeczywistość. Autor stworzył pełnowymiarowych bohaterów, na tyle, na ile jest to możliwe w krótkiej formie literackiej. Udało mu się także uniknąć taniego moralizatorstwa i sztucznego pogłębiania opowieści, odczuwalnego w kilku innych tekstach.

EM: Nie powiem, że to opowiadanie jest słabe, ale wystarczy zestawić je z „Naszą panią w szkarłacie”, autorstwa Tanith Lee, z konkurencyjnej, kwietniowej Nowej Fantastyki, by się przekonać o tym, jak duża różnica, w warstwie warsztatowej chociażby, jest między autorami polskimi, a zagranicznymi. Oczywiście Marcin Wełnicki swoim drukowanym debiutem, może nie tyle mnie zaskoczył, ile zafascynował na krótką chwilę. Podoba mi się szczególnie to, jak poprowadził intrygę i połączył ze sobą dwa różne wątki. Miał jednak pecha, że w NF akurat trafił się tekst inny, ale dziejący się w podobnych realiach. Nie sądzisz zresztą, że sama postać głównego bohatera jest trochę… sztampowa? Detektyw / inkwizytor pojawia się już w cyklu Jacka Piekary o Mordimerze Madderdinie.

W:: Postać nie staje się sztampową tylko dlatego, że ktoś wcześniej użył podobnej konstrukcji, przynajmniej dopóki cechy bohatera nie są sklonowane. Gdybyśmy chcieli powoływać się na duchownego – śledczego, to na podobnej zasadzie moglibyśmy uznać, że z kolei Piekara zgapił od Umberto Eco bohatera „Imienia róży”, Wilhelma. Zresztą, sama dżuma była w literaturze silnie eksploatowana. Obserwując banalność życia pobocznych postaci, które na moment pojawiają się w „Świętym z Issyk-Kul”, sugerowałabym bardziej fascynację Camusem niż współczesnymi pisarzami fantastyki. Tym bardziej, iż tytuł opowiadania może zastanawiać. Dlaczego akurat Issyk-Kul? Czy autorowi chodziło wyłącznie o egzotyczność Kirgizji i wizję zapomnianego zakątku świata, czy też o coś więcej?

EM: O inspirację i powód wybrania akurat Issyk-Kul najlepiej byłoby zapytać samego Wełnickiego. Co do sztampy: ciekawe, że polscy twórcy sięgają chętniej po sprawdzone, utarte schematy i, przynajmniej w SFFiH, eksperymenty pojawiają się stosunkowo rzadko. Może to zresztą kwestia języka i stylu, zbyt podobnych do siebie u różnych autorów. Wełnicki tu się nieco wyróżnia i o to akurat mam do niego trochę pretensji. Czytając „Świętego…” miałem bowiem wrażenie, iż autor zatrzymał się w pół drogi. Gdyby w tekście znalazły się opisy, chociażby architektury, takie jak u wspominanego Eco, tekst straciłby na dynamizmie, ale artystycznie byłby ciekawszy. Dość silna stylizacja to jednak spory atut, który zwraca uwagę i świadczy o dbałości i staranności w przygotowaniu tematu przez autora.

W: „Święty z Issyk-Kul” to jednak nie jedyne opowiadanie w kwietniowym numerze SFFiH, w którym autor stosuje taki zabieg. Wskazałabym jeszcze na „ABC… Zwycięzca” Aleksandra Kusza i „Diabła z Zasławia” Adama Adilewa. Pierwszy z wspomnianych tekstów rysuje przed czytelnikiem obraz klasycznego westernu. Początkowe skojarzenie podczas czytania brzmi: będzie tekst humorystyczny. Mniej więcej w połowie tego krótkiego opowiadania pojawia się szansa na znakomity horror, a więc coś zupełnie zaskakującego dla odbiorcy, zwiedzionego przez przyjazny ton narracji. Niestety, wrażenie fatalizmu, choć doprowadzone do puenty, rozczarowuje. Lekki dreszczyk podniecenia znika natychmiast, zaś tekst kończy się w sposób szalenie przewidywalny i bardzo słaby. Szansa na zagranie z czytelnikiem w fabularnego pokera zostaje bezpowrotnie zaprzepaszczona.

EM: Tu się zgadzamy. Choć tekst Aleksandra może zaciekawić, dobrze się go czyta i ma ciekawy koncept, to jednak zakończenie jest w pewnym sensie pójściem na łatwiznę. Wyróżniłbym za to Adama Adilewa, który frywolnie i z polotem drwi sobie z komunistycznego ZSRR. Trochę przypomina to wędrowyczowską prozę Pilipiuka, ale tu nie ma chlania, jest subtelnie i bez nachalności. Do tego dowcipnie i rozsądnie: po prostu ze smakiem, bez traktowania czytelnika jak naiwniaka, który łyknie każdą głupotę.

W: Skoro już mowa o naiwności, Sebastian Uznański w „Dimagusie” stosuje kilka sztuczek, które mają podziałać na czytelnika. Opowieść sprawia wrażenie, jak gdyby autor nie mógł się zdecydować, czy pisze s-f czy fantasy. Sztuczne są wzajemne tłumaczenia bohaterów na temat tego, co akurat robią. Co więcej, Uznański zdaje się stosować poniższy przepis na powieść: „trochę niebezpieczeństwa, trochę seksu i potężny zły do pokonania”. Jednakże nawet trzymając się tej sprawdzonej instrukcji, autor nie doprowadza żadnej konwencji do końca. Z jednej strony rysuje przed czytelnikiem wątek duchowej miłości między idealizowanymi bohaterami, z drugiej pokazuje obrazy prawie pornograficzne. Prawie, gdyż żaden z opisów nie jest doprowadzony do perfekcji w swej szczegółowości, jak czynił to chociażby Charles Bukowski. Jeśli do tego dodamy wciśnięty na siłę zalążek rozważań metafizycznych i opis walki rodem z DnD, to wyjdzie nam literatura na pół gwizdka. Niemniej, „Dimagus” napisany jest w sposób typowy dla tego pisarza, prezentowany już wcześniej choćby w powieści „Żałując za jutro” czy innych opowiadaniach Uznańskiego.

EM: Mam zupełnie inne odczucia odnośnie tego tekstu. Nie zauważyłem także „niemal pornograficznych obrazów”. Jeden opis, na dodatek nie aż tak istotny, ale uzasadniony (pokazanie więzi między głównymi bohaterami i ich umiejętności), to jeszcze nie pornografia. Poza tym, Uznański nie epatuje ani seksem, ani brutalnością, co można powiedzieć o wielu innych autorach. Nie opisuje wydarzeń subtelnie i poetycko, ale zdecydowanie bezpośrednio. Samo opowiadanie, jeśli już musiałbym kategoryzować, zaliczyłbym do tego tzw. new weird. To, co mi się w nim podobało, to wykreowany przez Uznańskiego świat. Początkowy opis, gdy główny bohater wędruje przez puszczę, jest ciekawy. Interesująca była również idea biokomputera. Fakt, może nieco makabryczna, ale to był dość wyrazisty element. Najbardziej ujął mnie jednak ten „potężny zły do pokonania”, który kojarzył mi się z mitologią Lovecrafta. Nie wiem, czy to świadome nawiązanie, ale nasuwa się samo. Ostatnim elementem wartym podkreślenia jest konstrukcja głównego bohatera. Udany czy nie, ale koncept ciekawy. Z chęcią bym przeczytał kontynuację tej opowieści, choć traktowałbym ją raczej jako czytadło. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa.

W: Właśnie ta bezpośredniość u Uznańskiego jest trochę udawana. Autor starał się zrobić wszystko z umiarem, a przez to osiągnął efekt niezdecydowania i niezupełności. Brakuje mi w tym opowiadaniu jakiegoś naprawdę mocnego akcentu, który przekonałby mnie do opisywanej rzeczywistości. I nawet łatka new weird, a więc swoistej hybrydyzacji gatunków, nie przekonuje mnie. China Miéville, który pierwszy użył tego określenia, pisał, że ma być to literatura bezkompromisowa. Taką literaturę tworzy u nas Dukaj, ale nie Uznański. I nawet koncept „podwójnego” głównego bohatera nie czyni tej historii wystarczająco dobrą.

Podobny zarzut stawiam wobec Magdaleny Wojtalewicz, która w opowiadaniu „S.T.R.A.H.” starała się stworzyć dobrą historię, opartą na jasnym koncepcie. Nie do końca jej to wyszło, gdyż bohaterowie są jednowymiarowi, zaś prezentowane opisy są za bardzo ocenne. Taka forma narracji pasuje do historii opowiadanych w pierwszej osobie albo do tekstów, w których narrator odgrywa istotną rolę. Tutaj trochę mnie to drażniło. Jednak jak na prozatorski debiut, wyszło nie najgorzej.

EM: To prawda. Dla mnie „S.T.R.A.H.” to dość przeciętne opowiadanie i to jemu już prędzej zarzucałbym brak wyrazistości i brak charakteru: czegoś co w „Dimagusie” Uznańskiego jednak było obecne. „S.T.R.A.H.” nie przeraża, nie intryguje również jako proza science-fiction. Najmocniejszym punktem jest postać głównej bohaterki, której już samo nazwisko, Sybilla Hertz, jest irytujące i świadczy o jej charakterze. Coś jak Cruella de Vil ze „101 dalmatyńczyków”, ale niestety bez podtekstów, gier słownych i zbyt zachowawczo. Warto zauważyć, że to jedno z dwóch opowiadań, które nie wpadają w gawędziarski ton i narracja jest w nich zupełnie inna. Drugi to opowiadanie zagraniczne, czyli Paweł Kornew z tekstem „Autodafe – opowieść ze świata Przygranicza”.

W: Opowiadanie Kornewa niczym mnie nie zadziwiło. Sprawnie napisane, z wartką akcją i uporządkowaną narracją, jednak było także na wskroś przesiąknięte Przygraniczem. Kto przeczytał chociażby powieściowe losy Sopla, zna ten styl już na pamięć. Także zakończenie nie zachwyca – niby nic nie można mu zarzucić, ale z drugiej strony jest mało wiarygodne. Niemniej, całość jest niezła. Podobnie zresztą jest u Pawła Ciećwierza w „Zawodowcach”. Tekst jest nieco sarkastyczny, a jednak odwołuje się do pytania o istotę człowieczeństwa. Najpierw następuje to za pomocą subtelnych odwołań (Gilgamesz, Faust), by w puencie przesłanie wyszło z całą mocą.

EM: Dla mnie ta puenta była zbyt mocno podana. Poza tym, odbieram ten tekst nie tyle jako pytanie o istotę człowieczeństwa, ile stricte komentarz do korporacyjnej rzeczywistości i opis pewnej niemocy, jaka ogarnia ludzi: tego, jak łatwo się poddają i załamują, wpędzani w schematy i niepotrafiący radzić sobie w życiu prywatnym. Ogólnie jednak mamy podobne wrażenia po lekturze „Zawodowców”. Tym samym omówiliśmy wszystkie siedem opowiadań w numerze, prawda?

W:Tak, jednak na zakończenie trzeba wspomnieć jeszcze o wznowieniu nagrody Nautilusa. Jest to coroczny plebiscyt czytelników na najlepszy polski, fantastyczny utwór literacki, wydany w danym roku. Nagroda powstała w 2004r., jednak w 2008r. nie została przyznana. Po przerwie wprowadzono praktyczną zmianę – od tego roku można głosować także za pośrednictwem strony internetowej. Nagroda przyznawana jest w kategorii powieści i opowiadania. Kto wygra w tym roku – przekonamy się wkrótce!

Ocena: 3/5

Dyskusja