Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Za młodzieńczych lat Chewbaccy – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 6/2010”

Świat Star Wars kojarzony jest bardzo często z jego charakterystycznymi postaciami. Jeśli zapytać przeciętnego fana o filmy w nim osadzone, bez wahania wymieni on Luke’a, Anakina albo Hana Solo. Są i tacy, na których największe wrażenie wywarła inna postać – Chewbacca. To właśnie jej poświęcono czerwcowy numer miesięcznika Star Wars – Komiks”.

Dwie zawarte w tym zeszycie opowieści są fragmentami oryginalnych wydań opisujących fakty z życia Chewiego, zanim jeszcze spotkał Hana Solo. Pierwsza z nich to „Mallatobuck – czyli miłość Wokkiech”, a druga „Attichituck czyli smutek ojca”.

Jak wiadomo z cyklu książek „Nowa Era Jedi”, Chewbacca zginął wiele lat po filmowych wydarzeniach, w wieku ponad 225 lat. Aby uczcić jego pamięć znany duet robotów, C-3PO i R2-D2, postanawia spisać historię jego młodzieńczych lat. Jak większość przedstawicieli rasy wookiech, Chewie urodził się na lesistej planecie Kashyyyk, znanej chociażby z „Zemsty Sithów”. Na niej to właśnie przeżywał wiele przygód, swoje wielkie miłości i rozterki, a także rywalizację z rówieśnikami o pozycję w społeczeństwie – tak jak każdy z nas. Scenariusz Darko Macana jest doskonałym przykładem na to, że niezależnie od tego skąd pochodzimy, przeżywamy te same problemy. Obie historie nie są więc niczym więcej jak typowymi przypadkami, mogącymi spotkać każdego nastolatka. Oczywiście nie każdy ucieka przed thrandoshańskimi łowcami niewolników, czy toczy walkę na śmierć i życie o rękę ukochanej kobiety, ale to tylko elementy ubarwiające i tak znane wszystkim tematy.

Rysunki do pierwszego z komiksów przygotował Bret Anderson, a do drugiego Igor Kordey. Oba style graficzne są bardzo zbliżone do siebie. Oba są proste i przejrzyste, ale mało dokładne. Brakuje im szczegółów i detali. Można nawet zarzucić Andersonowi pewną niedokładność i niechlujstwo. Przykładowo, nogi C-3PO mają źle dobrane barwy. Być może jest to jednak wina kolorysty, który pomylił prawą nogę z lewą i w ten sposób stworzył ich lustrzane odbicie. Tła w obu przypadkach to albo jednokolorowe plansze, albo obrazki ukazujące lesistą planetę. Kadry są więc budowane w bardzo posty sposób: plan pierwszy, ewentualnie drugi i tło. Klarownie i estetycznie, ale jednocześnie niezbyt kreatywnie. Prace obu panów są tak bardzo do siebie podobne, że niewprawne oko może nie dostrzec między nimi różnic.

Trzecia historia w numerze przenosi nas zupełnie w inne czasy i rejony galaktyki. Porusza także zupełnie inne problemy: honoru i żołnierskiej lojalności. Opowieść ta wykreowana przez Iana Edigtona nosi tytuł: „Więzy Honoru”. Opowiada o trudnych wyborach jakie musi podjąć jeden z kapitanów super klonów – komandosów republiki. Musi on stawić czoło trudnym wyborom – sprawić by jego oddział nie został zmanipulowany przez polityka, który dopuścił się zdrady Republiki. Bo tak naprawdę to sympatyzuje on z separatystami. Aby jednak nie zdradzić się z prawdziwymi zamiarami, musiał on upozorować własne porwanie. Czy klony dadzą się zwieść? Czy okażą się tylko bezwolnymi marionetkami, tak jak wielu twierdzi? Czy jednak cenią sobie honor i dumę? Na to pytanie ma właśnie odpowiedzieć kapitan klonów, który stanął z raportem przed obliczem samego Yody i mistrza Windu.

Historia ta mimo, że wydaje się bardzo ciekawa, to jednak komentarz Mace Windu, który poddaje w wątpliwość to, że bezwarunkowa lojalność klonów wobec rozkazu to dobra cecha, wydaje się mocno naciągany. Jest to zbyt jawne odniesienie do filmowych wydarzeń z „Zemsty Sithów”, gdzie klony zdradzają Jedi i dokonują eksterminacji członków Zakonu. Takie nawiązania w komiksach do obu trylogii Lucasa są czasami zbyt mało subtelne i mogą razić odbiorcę.

Efekty pracy plastyka, Steve’a Puga, robią bardzo dobre pierwsze wrażenie. Jednak po dokładnym przyjrzeniu się im, cienie wydają się płaskie i niestaranne, a z lineartem jest podobnie. Kontury są cienkie i poszarpane co sprawia, że rysunki miejscami wydają się szkicowe. Na szczęście takie wypadki występują tu raczej rzadko i większość kadrów trzyma przyzwoity poziom. Nie brak im bowiem mocnych stron, jak na przykład bogatych teł czy ciekawych efektów świetlnych przy wybuchach i wystrzałach.

Czerwcowy numer wypada jednak średnio w porównaniu do innych komiksów wydanych wcześniej w „Star Wars – Komiks”. Słowo „średni” jest pierwszym, które nasuwa się po zakończeniu lektury tego zeszytu. Historie zarówno pod względem scenariuszy i rysunków są przyzwoite, nie wychodzą jednak poza przeciętność. Suma wad i zalet prezentowanych tytułów tak naprawdę się równoważy. Trzeba się jednak zastanowić czy komiksy, reklamowane jako „najlepsze”, mogą być w rezultacie tylko średnie.

Dyskusja