Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Dawno, dawno i jeszcze raz dawno temu… – recenzja komiksu „Star Wars. Rycerze Starej Republiki. Tom 1: Początek”

Świat Gwiezdnych Wojen nie ogranicza się do wydarzeń przedstawionych w dwóch filmowych trylogiach. Przez ponad trzydzieści lat od nakręcenia „Nowej nadziei” uniwersum to rozrosło się do niewyobrażalnych rozmiarów. Twórcy gier i książek pokusili się nawet o przedstawienie wydarzeń, które miały miejsce na tysiąclecia przed narodzinami Luke’a Skywalkera. Taką właśnie pozycją jest komiks pod tytułem „Rycerze Starej Republiki”. Jej pierwszy tom nosi nazwę „Początek”.

W okresie przedstawionym w komiksie, Republika – siłą rzeczy nie nazywana wtedy Starą – jest ogarnięta przez chaos. Tuż po zakończeniu wojen z imperium Sith (wydarzenia te polscy fani znają z dwuczęściowego wydania „Złotego Imperium Sith” i „Upadku Imperium Sith”), ład i porządek znowu jest zagrożony. Tym razem zjednoczonym światom poważnie zagrażają siły zbrojne Mandalorian. Zewnętrzne Rubieże stają na krawędzi bezprawia, a nawet lokalnych zamieszek.

Akcja komiksu rozpoczyna się właśnie tam: na Zewnętrznych Rubieżach, na planecie–mieście Taris. Świat ten, będący dawniej istotnym ośrodkiem gospodarczym, jest toczony przez korupcję i trapiony przez szemrane interesy przestępczego półświatka. Tylko dzięki rycerzom Jedi, na których Republika zaczyna coraz bardziej polegać, udaje się utrzymać względny porządek i pokój.
Jednym z bohaterów komiksu jest Gryph – przedstawiciel półświatka: handlarz, paser i po prostu złodziej. Po drugiej stronie mamy młodego padawana, Zayne`a Carricka. Ich ścieżki krzyżowały się już wcześniej ze sobą nie raz, choć fajtłapowatemu Jedi nigdy nie udało się złapać rzezimieszka. Los sprawi jednak, że będą oni musieli sprzymierzyć się i wspólnie stawić czoła niebezpieczeństwom, a wszystko przez to, że Zayne zostaje oskarżony o morderstwo swoich kolegów z Akademii Jedi. Teraz obaj muszą uciekać, aby ocalić własną skórę i udowodnić swą niewinność.

Czytelnik, podobnie jak Zayne, wie od samego początku, że to nie młody padawan przyczynił się do zgonu kolegów z klasy. Prawdziwymi mordercami są jego nauczyciele, Mistrzowie Jedi. Czemu jednak postanowili zgładzić swoich podopiecznych? Tego dowie się każdy, kto sięgnie po „Początek”. Scenariusz Johna Jaksona Millera skrywa jednak o wiele więcej mrocznych sekretów.

Jakson doskonale pokazał różnice technologiczne i sposób myślenia bohaterów żyjących na cztery tysiące lat przed zniszczeniem pierwszej Gwiazdy Śmierci. Tu Mistrzowie Jedi, aby bronić pokoju w galaktyce posuwają się do metod ostatecznych i drastycznych. W czasach Anakina Skywalkera morderstwo, nawet przeciwnika, było czymś, czego prawdziwy Rycerz Jedi nie odważyłby się dokonać. Oczywiście nie z tchórzostwa, ale dlatego, że takie postępowanie nie przystałoby przedstawicielowi zakonu.

Autor odwołuje się bardzo często do historii przedstawionych w innych komiksach. Osadza w swoim świecie także przedstawicieli ras znanych i popularnych w galaktyce Star Wars. Nie chodzi tu tylko o nawiązania do wcześniejszej wspomnianego „Złotego Imperium Sith”, ale i do samych Mandalorian. Do tej właśnie grupy wojowników należał narodzony wiele lat później Jango Fett i jego syn-klon Boba Fett. Nawet zbroje obu tych postaci są uderzająco podobne do swych historycznych pierwowzorów, które możemy zobaczyć w komiksie „Rycerze Starej Republiki”.

Za stronę graficzną odpowiada duet rysowników: Brian Ching i Travel Foremna. Obaj są dobrze znani miłośnikom komiksów spod znaku Star Wars. To, że dwóch rysowników przedstawia jedną historię, może jednak wywoływać sprzeciw czytelników. Na tle jednego artysty, drugi zawsze wypada gorzej. Omawiany tutaj komiks jest na to doskonałym przykładem. Styl rysownia Briana Chinga jest o wiele bogatszy i bardziej realistyczny. Jego grafiki obfitują w mnogość szczegółów i detali. Podobnie skala barw jest bardzo obszerna: rysunki mają bardzo złożony światłocień, który bazuje na wielu barwach, a cieniowanie, choć mocne i zdecydowane nie dominuje w kadrach. Są one dobrze rozplanowane, jeśli chodzi o kompozycję postaci. Plansze Chinga odbiera się z wielką przyjemnością.

Warsztat Ravela Foremana jest o wiele uboższy i bardziej schematyczny. Postacie narysowane przez niego zaznaczone są tylko lekkim, nieco szkicowym konturem, a rysunki ubogie są w drobne elementy. Najbardziej rzuca się to w oczy na planszach, w których grafik poświęca całą planszę na jeden kadr. Wtedy ta „szkicowa kreska” najbardziej razi czytelnika. To przesadne powiększenie sprawia nawet wrażenie, że kadry są niestaranne i niedopracowane. Zupełnie tak jakby rysownik zadowolony ze szkicu, postanowił go nie dopracowywać, aby stworzyć porządny lineart, tylko pokolorował to, co już miał. Kolejnym zarzutem, który można wytoczyć pod adresem tego plastyka jest to, że mało poważnie traktuje tematykę poruszaną w komiksie. Widać to zwłaszcza w momencie, kiedy nad głową potrąconego Grypha pojawiają się złote gwiazdki, które przeszłyby raczej w filmach animowanych dla młodszych odbiorców, niż w albumie skierowanym, bądź co bądź, dla dojrzalszych czytelników.

Różnica między podejściem do tematu przez obu rysowników jest bardzo duża i da się ją szczególnie zauważyć w sposobie przedstawiania tych samych postaci. Na przykład Zayne ma zupełnie inną fryzurę, a jego mistrz w pracach Chinga wydaje się o wiele młodszy. Największy kontrast widać w sposobie kreowania postaci Grypha. W pracach Foremna wydaje się on przedstawicielem zupełnie innej rasy: jego uszy stają się spiczaste, sierść nastroszona, a oczy tracą źrenice! Na szczęście dla czytelników, plansz przez niego rysowanych nie ma wiele. Najwidoczniej ilustrował on tylko jeden zeszyt oryginalnego, amerykańskiego wydania, a polski album składa się przecież z kilku takich numerów.

W komiksie widać bardzo wiele nawiązań nie tylko do filmowej trylogii, ale i do gry osadzonej w tej samej epoce. Chodzi tu oczywiście o „Knights of the Old Republic”. Podobieństw i odniesień jest mnóstwo. Doskonałym przykładem może być dwustronicowa ilustracja, w której Mistrzowie Jedi zmagają się z Gamorreanami i mutantami z Dolnego Miasta na Taris, z którymi zdarzyło się także zmagać graczom.

Komiks ten może przypaść do gustu wszystkim tym, którym podobała się gra komputerowa. Spodoba się, także i tym, którzy wysoko cenią sobie estetyczna kreskę i ciekawą fabułę, a niekoniecznie są fanami gwiezdnej sagi. Dlatego zakup tego albumu może opłacić się szerokiemu gronu odbiorców.

Dyskusja