Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Recenzja filmu „Incepcja”

Incepcja

Motywy oniryczne obecne są w filmie właściwie od początku powstania Dziesiątej Muzy. Sen zazwyczaj przynosi ulgę, ukojenie, ale może też być przyczyną cierpienia, a nawet śmierci. Z drugiej strony brak snu to koszmar, widzieliśmy to na przykładzie bohaterów „Drabiny Jakubowej” ze świetną kreacją Tima Robbinsa lub w „Mechaniku” z Christianem Bale’em w roli głównej. Przykłady można mnożyć, ale Christopher Nolan we właściwy dla swojej pracy, efektowny sposób, poszedł krok dalej.

„Incepcja” to bezkompromisowe nawiązanie do Trylogii „Matrixa”, zestawienie dwóch światów – rzeczywistego, oraz wyimaginowanego, dziejącego się w umysłach śniących go ludzi. Jednakże wydarzenia mające miejsce w sferze marzeń, mają realny skutek dla żyjących na jawie. Film opowiada o grupie specjalistów, którzy są mistrzami w przechwytywaniu snów i włamywniu się do ludzkich umysłów. Celem akcji prawie zawsze jest wykradzenie tajnej informacji, ale tym razem jest inaczej. Zadaniem jest incepcja idei, w dodatku tak sprytnie przeprowadzona, aby cel uznał ją za swoją i zaczął ją realizować. Saito (Watanabe), jako szef potężnej korporacji, pragnie zniszczyć imperium swojego rywala, magnata energetycznego – Maurice’a Fischera (Postlethwaite). Postanawia zrealizować to poprzez jego własnego syna (w tej roli świetny Cilian Murphy, znany jako Scarecrow z ostatniej ekranizacji „Batmana”), przez zaszczepienie w nim chęci destrukcji dzieła życia ojca.

W literaturze sen wykorzystywany jest jako motyw lub chwyt kompozycyjny, często dzieło ma formę zapisu snu – wówczas przedstawiana w utworze rzeczywistość jest pozbawiona związków przyczynowo-skutkowych, zdarzenia mają charakter irracjonalny, sprzeczny z zasadami logiki i regułami prawdopodobieństwa.

U Nolana nie jest to tylko motyw, ponieważ praktycznie 99% filmu dzieje się we śnie. Tak naprawdę to dokładnej pewności nie ma, jest to najciekawszy element dzieła, ponieważ widz, podobnie jak bohaterowie, nie wie, co jest reczywistością, a co marzeniem. To największy problem parających się tym zawodem ludzi, ponieważ tracą oni umiejętność odróżniania światów, a jedynym pewnym sposobem na obudzenie się z najgłębszego poziomu delta, jest śmierć. Ale jeżeli ktoś spróbuje tego sposobu, a pomyli się w ocenie rzeczywistości, oczywiście nieodwołalnie umrze. „Incepcja” to nie tylko akcja na najwyższym poziomie, to także studium ludzkiej podświadomości. Nie jest to z pewnością „Ulisses” Joyce’a, daleko jej również do dzieł Junga i Freuda, ale liczne i skromne odniesienia, uważny obserwator z pewnością dostrzeże.

Obok całej warstwy psychologicznej, zabawy w podświadomość, ego, linii s-f, „Incepcja” zalicza się również do nurtu „heist movie”, czyli opowiada o zuchwałym napadzie, tutaj niekonwencjonalnie przeniesionym na psychikę człowieka. Na początku należy zebrać odpowiednią ekipę, później opracować plan działania, a w końcu bezbłędnie wprowadzić go w życie. Nolan czerpie z olbrzymiego doświadczenia twórców takich hitów jak „Włoska robota”, „Ocean’s Eleven”, „Mission Impossible”, czy też „Rezerwowych Psów” Tarantino. Trzeba przyznać, że robi to perfekcyjnie, a sceny pościgów w zimowej scenerii od razu skojarzyły mi się z wczesnym Bondem, co należy odczytywać jako swoisty hołd dla klasyki.

Z całą pewnością reżysera fascynują tego typu wizje, co często udowadnia w swoich filmach. Z jego ręki wyszły takie dzieła jak nominowane do Oscara i Złotego Globu „Memento” (2000), „Bezsenność” (2002) i właśnie najnowsza „Incepcja”. Powołanie się tutaj na „Batmana” byłoby zbyt śmiałym nadużyciem, ale człowiek-nietoperz często określany jest synem nocy, co rodzi pewne skojarzenia. Ciężko upatrywać się przyczyn takiej skłonności, myślę, że to dobre pytanie do wywiadu, ponieważ źródła i znalezione przeze mnie biografie milczą w tej kwestii.

Jak na megaprodukcję z olbrzymim budżetem (blisko 160 mln $), Nolan mógł sobie pozwolić na najlepszych aktorów, z Leonardem Di Caprio na czele, świetne efekty specjalne oraz najbardziej rozpoznawalnego twórcę muzyki Hollywood, jakim od prawie trzech dekad jest Hans Zimmer. Wszystko tworzy prawie idealną całość, zastrzeżenia mam jedynie do maksymalnego uproszczenia „normalnego życia” bohaterów. Jednakże jest to ogólna tendencja współczesnego kina akcji, po prostu w nawale akcji nie wystarcza czasu na pokazywanie nudnego, zwyczajnego życia. Bardzo mi się podoba brak przeładowania wspomnianymi efektami F/X, z całą pewnością nie jest to przerost formy nad treścią jak w przypadku np. serii „Transformers”, tutaj wszystko jest z wyczuciem, tak jak powinno być.

Myślę, że dla niektórych osób film może wydać się skomplikowany. Faktycznie, poziom abstrakcji, gdy wkraczamy na czwarty poziom snu w śnie jest wysoki, ale twórcy zręcznie tłumaczą nam większość zdarzeń i zrozumienie ogólnego zagmatwania nie jest takie trudne, a wręcz bardzo przyjemne. Wychowani na twórczości Davida Lyncha będą w siódmym niebie, zresztą jestem pewien, że pozostali również.

Ocena: 4/5

Dyskusja