Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Man-Thing – recenzja filmu „Man Thing”

Marvel na ekranie? No to na pewno X-Men, Spider-Man, Iron Man, Hulk, Fantastyczna Czwórka, Blade, Punisher. Sporo tego, a przecież to tylko kilka przykładów z ostatnich lat. Niezależnie od tego, jak oceniamy produkcje z tymi postaciami, trzeba przyznać, że dostarczają niezłej rozrywki – każda w nieco inny sposób. Wspólny jest dla nich rozmach, świetne efekty specjalne, dynamiczna narracja i fabuła czasem nasycona dowcipem, czasem bardziej mroczna, albo nawet tragiczna. Zazwyczaj zachowują przy tym komiksową lekkość i umowność. Łączy je również to, że władowano w nie sporą ilość pieniędzy. Obok kosztownych superprodukcji, Marvel pozwalał jednak tworzyć filmy o niskim budżecie, będące ekranizacjami mniej znanych komiksów. „Man Thing” jest tu dobrym przykładem.

Sam komiks może nie być szerzej znany w Polsce, a i to jak się nazywa bohater pewnie niewiele widzom mówi. Miłośnicy horroru powinni jednak kojarzyć innego stwora, nad którym pracował Wes Craven. Chodzi oczywiście o film „Swamp thing” z 1982 i postać dr Antona Arcane, potwora z bagien – również mającego komiksowe korzenie (DC Comics). Co ciekawe, zarówno Swamp thing jak i Man-Thing, mimo że powstały w tym samym czasie (rok 1971), mają swojego poprzednika. W latach czterdziestych XX wieku, w Złotej Erze Komiksu, Hillman Periodicals wydawało „Air Fighter Comics”, gdzie pojawiło się monstrum The Heap, dawniej Baron von Emmelman, as myśliwski z czasów Pierwszej Wojny zestrzelony nad polskimi mokradłami.

Motyw potwora z bagien jest więc starszy niż film Cravena i produkcja Marvela nie była na niej wzorowana. Co więcej, oba potwory znacznie się od siebie różnią. Niestety, także komiksowy i filmowy Man-Thing są podobne, ale nie takie same. W wersji obrazkowej stwór, wyczuwa ludzkie emocje. Jeśli jest wśród nich strach, osoba, która go dotknie, doznaje poparzeń. Potwór ma również neutralny lub przyjazny stosunek do ludzi. W filmie natomiast atakuje każdego aż do chwili, w której zemści się na swoich oprawcach. Nie powoduje oparzeń, a zamiast tego wyrastają z niego przypominające macki, szybko rosnące pnącza. W efekcie postać została mocno spłycona, mimo że już pierwotnie komiks był zbiorem prostych, przygodowych historyjek. Miały one jednak spory potencjał i podobnie jak Swamp thing, mogły stać się kanwą ciekawej ekranizacji. Z komiksu zostały jednak tylko bagna, idea potwora, kilka nazwisk bohaterów i miejsce zwane Splotem Wszystkich Rzeczywistości (Nexus of All Realities).

Fabuła filmu jest osnuta wokół śledztwa prowadzonego przez miastowego szeryfa, który zdecydował się przenieść do prowincjonalnego miasteczka. Jego poprzednik zaginął na pobliskich bagnach, a i od jakiegoś czasu w okolicy dochodzi do tajemniczych morderstw. Szybko problemem stają się dla niego również protesty miejscowych przeciwko wydobyciu paliw kopalnych z mokradeł. Do tego lokalny indiański szaman wieszczy, że wkrótce wszyscy zginą. Same kłopoty i to już pierwszego dnia pracy.

To jak rozwija się akcja filmu jest do bólu przewidywalne. Na początku mamy imprezę na bagnach, podczas której chcąca pobaraszkować para odłącza się od reszty. Chłopak ginie, dziewczyna wrzeszczy i wstęp mamy za sobą. Potem szeryf przybywa do miasta, gdzie nie zostaje przychylnie przyjęty. Od razu zostaje wpakowany w konflikt między miejscowymi, a potem dostaje wezwanie bo znaleziono kolejnego trupa. Szeryf przekonuje się, że miasteczko skrywa tajemnicę, a przy okazji trafia na „miłość swojego życia”. Wygląda to tak, jak by scenarzysta wziął podręcznik pisania filmów o potworach i schematycznie, krok po kroku podążał od jednego punktu do drugiego. Podobnie jest ze schematycznymi, jednowymiarowymi, acz – co zaskakujące – wyrazistymi postaciami. Aktorzy są tu na tyle charakterystyczni, że łatwo wpadają w pamięć.

Podobnie jest ze scenografią, która sugestywnie imituje bagna. Nad wodą unosi się mgiełka, jest mrocznie, nastrój całkiem dobrze jest budowany przez odpowiednie ujęcia kamery. Ciekawie potraktowano materiał zdjęciowy w postprodukcji, bawiąc się kolorystką i montażem. Nawet efekty specjalne, jak na film ewidentnie budżetowy, są całkiem niezłe. „Man-Thing” nie wciąga jednak jak bagno, bo atmosfera prędko się rozmywa. Film nie trzyma w napięciu. Nie skłania też ku jakiejś głębszej refleksji, a jego proekologiczna wymowa raczej śmieszy i irytuje.

„Man-Thing” ma swój specyficzny urok ze względu na nasycenie filmu zgniłą zielenią i brudnymi kolorami oraz dzięki prowincjonalnym bohaterom. To jednak za mało, by przeciętnego widza zatrzymać na dłużej. Przyzwyczajonym do marvelowskich superprodukcji z superbohaterami na pewno się nie spodoba. Miłośnikom „monster movies” być może przypadnie do gustu. Tu „Man-Thing” jako tako się broni. Trudno go jednak uznać za coś więcej, niż zwykłą ciekawostkę. A z pewnością nie jest to dobra ekranizacja komiksu.

Ocena: 2/5

Dyskusja