Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Na cztery strony świata – recenzja książki „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód”

Od premiery drugiej książki Roberta M. Wegnera minął miesiąc. Przez ten czas „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód” zdążyły zebrać pozytywne recenzje krytyków i, co ważniejsze, zadowolone opinie czytelników. Słyszy się głosy o potwierdzeniu umiejętności autora, który po udanym debiucie zaliczył kolejną dobrą publikację. Są to poglądy jak najbardziej uzasadnione, czego dowód dostajemy po przeanalizowaniu konstrukcji powieści.

Książka podzielona jest na dwie niezależne od siebie części, tytułowe Wschód i Zachód. Zabieg ten sprawdził się poprzednio, więc wydawać by się mogło, że autor niczym nie ryzykuje, wprowadzając takie rozróżnienie. Jest to pogląd mylny. Istniało ryzyko, iż czytelnikom znudzi się sztywne wyodrębnienie części, oparte na kryterium terytorialnym. Okazało się jednak, że konsekwentne trzymanie się obranej formy wyszło powieści na dobre. Dzięki temu otrzymujemy nie tylko spójną książkę, ale też usystematyzowaną całość, związaną konstrukcyjnie z poprzednim tomem.

Poszatkowanie „Opowieści…” również znakomicie współgra z warstwą fabularną. Pozwala to na wprowadzenie wielu niezależnych postaci, o odmiennych charakterystykach i w zasadzie żyjących w innych realiach. Akcja czterech opowiadań rozgrywa się na wschodniej granicy, zaś kolejnych czterech- na zachód od Meekhanu. Wegner przedstawia więc kulturę, obyczajowość i cały koloryt poszczególnych krain. Czyni to zresztą niezwykle szczegółowo, przykładając się nie tylko do barwnych i sugestywnych opisów, ale także, a może nade wszystko, do języka, jakim postacie przemawiają.

Skoro bohaterowie powieści wywodzą się z różnych kultur, konieczne jest zróżnicowanie sposobu, w jaki ze sobą rozmawiają. Sposób komunikacji wtedy jest prawidłowy, gdy odbiorca nie zwraca na niego uwagi, za to przyjmuje stworzone postacie jako realne, możliwe i prawdopodobne. Wegner operuje językiem prostym, oszczędnym w formie, dzięki czemu bohaterowie nabierają swoistej dosadności. W surowych, wojennych opowieściach jest to fakt nie do przecenienia. Powieść zyskuje na realizmie.

Warto zwrócić uwagę jeszcze na sposób wydania książki. Ciemna, oszczędna okładka z niewielką grafiką, przedstawiającą miecz, łuk z kołczanem pełnym strzał i niejako w tle – morskie fale, doskonale oddaje ducha powieści. Wydawnictwo Powergraph najwyraźniej hołduje zasadzie, że czasem mniej znaczy więcej i czyni to w sposób nie tylko konsekwentny, ale i z ogromnym wyczuciem. Dzięki temu czytelnik nie dostaje kolejnej tandetnej okładki, pełnej smoków, rycerzy i całego fantastycznego przepychu, ale stylową oprawę dla dobrej powieści.

Wszyscy ci, którzy z napięciem oczekiwali kolejnej publikacji Roberta M. Wegnera, powinni poczuć zadowolenie. Autor udowodnił, że potrafi sprawnie władać słowem, opowiadając przy tym intrygujące historie. Czytając drugi tom „Opowieści…” nie sposób pozbyć się wrażenia, że to tylko preludium, będące zapowiedzią czegoś większego. Sam autor zresztą nie ukrywa, że to dopiero początek. Wobec tego, czytelnikom pozostaje uzbroić się w cierpliwość i oczekiwać na kolejne publikacje Wegnera – oby równie udane jak te dotychczasowe.

Dziękujemy wyd. Powergraph za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji.

Ocena: 4/5

Dyskusja