Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Pierwsze spotkanie Fetta z Vaderem – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks. Wydanie specjalne 3/2010. Boba Fett: Wróg Imperium”

Szczerze mówiąc, nie lubię Boby Fetta. Choć może po prostu nie rozumiem fascynacji tą postacią. W oryginalnej trylogii pojawia się epizodycznie, wypowiada parę słów i efektownie „ginie”. W zasadzie tyle. Fakt, ostatni Mandalorianin ma ogromny wpływ na rozwój fabuły. Mimo to, pozostanie dla mnie tajemnicą, dlaczego postać ta stała się aż tak popularna. To zresztą fenomen typowy dla gwiezdnowojennych bohaterów. Tu nawet zwykła śrubka może doczekać się własnej, epickiej opowieści i zyskać spore grono fanów, jeśli tylko pojawia się na ekranie. Pamiętacie Skippy`ego, czyli R5-D4 (Gwiezdne Wojny Komiks 04/2000)? A Quinlana Vosa w Mrocznym Widmie?

Moja niechęć do Fetta nie oznacza jednak, że nie potrafię docenić dobrej opowieści. Podobała mi się historia przedstawiona w Star Wars Komiks 01/2010 („Przelicytowany, lecz niepokonany”). Podobał mi się także trzeci numer Wydania Specjalnego magazynu z roku 2009, z którego dowiedzieliśmy się nie tylko, dlaczego akurat Jango Fett stał się „ojcem” dla armii klonów, ale i poznaliśmy historię jego życia. Retrospekcyjna narracja, odbiegająca od standardowego schematu Star Wars, była sporym plusem tamtego komiksu. W przypadku najnowszego numeru magazynu nie możemy jednak liczyć na podobną ekstrawagancję.

Rok po tym, jak na kartach Wydania Specjalnego gościł Jango Fett, czytelnik dostaje klasyczną do bólu historię z udziałem syna słynnego łowcy nagród. „Boba Fett: Wróg Imperium” niczym nie zaskoczy wyrobionego czytelnika. To jak opowieść będzie się rozwijać, można zgadnąć już po kilku pierwszych stronach. Historia zaczyna się w chwili, gdy pułkownik Adal Karda zabija swego przełożonego i czterech ochroniarzy. W sprawę angażuje się sam Darth Vader, jednak oficer wymyka się obławie. Mroczny Sith zwraca się więc do jedynej osoby, która może odszukać uciekiniera – do najlepszego łowcy nagród w galaktyce. Boba Fett zgadza się zlikwidować mordercę. Przy okazji musi odebrać Kardowi tajemniczą szkatułę, której zawartość wydaje się mieć spore znaczenie dla Vadera.

Nie będzie wielkim spojlerem zdradzenie tego, że historia skończy się pojedynkiem obu bohaterów. Sugeruje to nie tylko wstęp, ale i działania Vadera po spotkaniu z Fettem. Przewidywalność jest sporą wadą scenariusza. To jednak nie jedyny problem. Zasadniczo opowieść jest napisana poprawnie, choć rzemieślniczo, ale zawiera wiele denerwujących elementów. Dziwi chociażby to, co cechuje rasę Ikarian. Istoty te, choć przypominają ludzi, są daleko bardziej żywotne. Nawet po rozczłonkowaniu ich ciał, są w stanie przeżyć i dalej walczyć. W praktyce bardziej pasują do filmu o zombie niż do świata Star Wars. Podobnie jest z Zakonem Pesymistów, sektą zamieszkującą klasztor na odludziu na planecie Maryx Minor. Akolici kultu latają wokół i biadolą non stop czym zamiast bawić, irytują. Nie wiem również jak można było wpaść na stworzenie Fraala – ni to humanoida, ni to wilkołaka z irokezem na głowie. Takich absurdalnych pomysłów i nielogicznych rozwiązań jest tu więcej. Uproszczenia często pojawiają się w komiksach. Scenarzysta jednak trochę przekombinował.

„Przekombinowane” są również rysunki. Często przedstawiają postacie w sposób pokraczny (sylwetka Vadera, str. 53) lub karykaturalny (Fraal, Karda, warto zwrócić uwagę na wygląd przełożonego Kardy, zwłaszcza stopy). Przerysowanie sprawdza się jednak i w połączeniu z bogatymi w szczegóły tłami i mocnym konturowaniem, całość wywołuje naprawdę pozytywne wrażenie. Jest po prostu estetycznie, nawet mimo pewnej umowności i szkicowego charakteru obrazków. Mimo to, dobór barw czasem wzbudza wątpliwości (Wookie z żółtą sierścią?). Bywa, że na sąsiadujących ze sobą kadrach, w podobnym oświetleniu, kolory są różne. Niechlujstwo? Raczej zwykła nonszalancja.

Problem w tym, że przyjęta przez rysowników stylistyka bardziej pasuje do humorystycznej fantasy niż do świata Gwiezdnych Wojen. Wystarczy przyjrzeć się mimice Vadera (tak, ten jego hełmofon groźnie marszczy brwi), by przekonać się o czym mowa. Atmosfera komiksu niby przypomina tą, jaka jest w Imperium Kontratakuje. Wyobraźcie sobie jednak, że do tego filmu wpuszczono Jar-Jara. Jakoś mi to nie pasuje, a „Wróg Imperium” sprawia właśnie takie wrażenie.

O dziwo, mimo miałkości scenariusza i luk w fabule, czy braku logiki; mimo nietrafionej moim zdaniem konwencji i wątpliwości co do sposobu narracji i innych elementów komiksu, „Wroga Imperium” czytało mi się naprawdę dobrze. Może to zasługa dobrego tempa akcji, może jednak humorystyczne fantasy bliższe jest Star Warsom niż mi się wydaje, a może dobra strona warsztatowa zeszytu. Nie wiem, ale jednego jestem pewien – gdzieś na kartach tego komiksu jest ta gwiezdnowojenna magia, która sprawia iż nieważne jak durna jest opowieść. I tak nie mogę się od niej oderwać.

Na koniec jeszcze mała ciekawostka. Popatrzcie na okładkę pod światło od wewnętrznej strony. Prawda, że fajnie wyglądają na niej dwie głowy Vadera i prześwitujący Fett? Może i to przypadkowe, może drobiazg niewart uwagi, ale jednak miło, że można próbować się doszukiwać takich „easter eggów”.

Dyskusja