Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Polskie ekranizacje fantastyki

Zaczniemy od pytania do publiczności – Proszę podać przykłady naszych rodzimych ekranizacji polskiej literatury fantastycznej. Tak? Pan w pierwszym rzędzie..? „Wiedźmin”? Brawo! Doskonale! W końcu, jak by na to nie patrzeć, to jest to ekranizacja i na dodatek, ekranizacja czegoś, co w pierwotnej formie było polską fantastyką. Co jeszcze? Może pani… Słucham? „Na dobre i na złe”? Nie, nie… proszę państwa, ja rozumiem, że dla wielu to czysta fantastyka, ale nie mylmy pojęć. Tak, ja rozumiem, że tacy lekarze nie istnieją… tak, wiem, że w naszych szpitalach nie jest tak fajnie, ale proszę zrozumieć: „fantastyka” i „absolutna fikcja” to nie to samo. Ale może ktoś poda jeszcze jakiś przykład? Tak..? Słucham..? No co to, już tyle..? Hmm…

Tak, proszę Państwa, prawda niestety jest okrutna. Od czasu zmiany ustroju, zarówno polska, jak i każda inna fantastyka przestała być dla naszych filmowców towarem atrakcyjnym. Obecnie pozostaje nam jedynie westchnąć na wspomnienie tych kilku, mniej lub bardziej udanych, ekranizacji, opierających się na prozie E. A. Poe, Józefa Korzeniowskiego, czy Stefana Grabińskiego. Ech… proszę Państwa, pomijając już to, że ten „fantastyczny” trend w czasach PRL miał czysto polityczne uzasadnienie, nie ulega wątpliwości, iż w jego efekcie powstało kilka bardzo klimatycznych, filmowych adaptacji, ozdobionych przez grę prawdziwych, najprawdziwszych aktorów. Po roku ’89 zmieniła się polityka państwa, a wraz z nią polityka polskiej kinematografii. Można by rzec, iż dla ludzi kina fantastyka przestała istnieć. Aż przyszedł czas „Wiedźmina”.

„Wiedźmin”! O zgrozo! Tytuł ten jeszcze długo straszył będzie kolejne pokolenia polskich fantastów. A miało być tak pięknie. Scenariusz oparty na opowiadaniach Andrzeja Sapkowskiego, człowieka, który dla naszej fantastyki był niczym słońce wschodzące po bardzo długiej nocy. Swoją „wiedźmińską sagą” zrobił dla rozpropagowania tego literackiego gatunku w Polsce więcej, niż ktokolwiek przed nim… i zapewne długo po nim będzie w stanie dokonać. Scenariusz oparty na tak niesamowitym pomyśle MUSIAŁ się udać. Co więcej, reżyserem całego filmowo – serialowego projektu został człowiek, który głośno przyznawał się do wielkiej fascynacji, jaką wzbudziła w nim proza naszego wielkiego ASa. Efekt? Po opuszczeniu sali kinowej, natychmiast udałem się do najbliższej prokuratury w celu złożenia zawiadomienia o pewności co do popełnienia przestępstwa przez twórców tego ekranowego koszmaru. Zasugerowałem również, aby sąd wydał Markowi Brodzkiemu dożywotni zakaz fascynowania się czymkolwiek. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że „ten pan już nigdy więcej żadnej książki nie wyreżyseruje!”

Ale nie znęcajmy się już nad tym biednym człowiekiem, wszak i tak od dnia premiery wiadomego filmu zmuszony jest do przemykania chyłkiem ulicami swojego miasta, a i to jedynie po zmierzchu. Wszystko to oczywiście w obawie przed rozpoznaniem przez jednego z tych fanów fantastyki, którzy, zwyczajowo, z domu bez miecza nie wychodzą. Tyle że „Wiedźmin” to nie jedyne dzieło ostatnich lat naszej rodzimej fantastyki. Czemu więc nadal pozostaje jedynym, które zostało utrwalone na taśmie filmowej? Odpowiedź nasuwa się tylko jedna – nasi „fantastyczni” autorzy zwyczajnie nie potrafią pisać! Albo inaczej, nie potrafią pisać tak, aby nadawało się to do przeniesienia na ekran. Przykład? Proszę bardzo. Proszę się tylko przez chwilę zastanowić… jak wyobrażają sobie państwo ekranizację, dajmy na to, kolejnego z dzieł naszego wielkiego narodowego wieszcza, wspominanego już Andrzeja Sapkowskiego? Wspaniała trylogia husycka – „Narrenturm”, „Boży bojownicy”, „Lux perpetua” – oto prawdziwe wyzwanie godne samego Jerzego Hoffmana. Ileż tam jest akcji, scen batalistycznych, erotycznych i wszelkiego rodzaju przemocy! A wszystko to na tle wojny religijnej toczonej w imię Boga i Jego Kościoła. Idźmy jednak dalej. Co powiedzielibyście, drodzy moi, na serial oparty o „inkwizytorskie” opowiadania Jacka Piekary? Tam również niemało się dzieje. Krew, przemoc, bluźnierstwa… Ach, proszę Państwa! Wizja to zaiście piękna i fascynująca. Niestety dla nas, zupełnie nierealna. No bo niby jak, coś takiego, miałoby w naszym kraju powstać? Jak Państwo to sobie wyobrażają? Polska produkcja wypełniona przez akcję, seks, przemoc, religijne bluźnierstwa oraz całą masę efektów specjalnych? Nie no… bądźmy poważni. W końcu nie po to ksiądz każdej niedzieli grzmi ze swej ambony na zalewające nas zewsząd seks, przemoc i „antychrześcijańskie symbole zła”. Nie po to wprowadza się do szkół „Wychowanie do życia w rodzinie”, nie po to, drodzy moi, kolejne głowy naszego państwa całują po sygnetach Ojca Imperatora. Spodziewacie się może, że te wszystkie, wieloletnie zabiegi, mające na celu wychowanie narodu w czystości sumień, z dala od wszelkich pokus cielesnych, duchowych, a zwłaszcza intelektualnych… że to wszystko miałoby pójść na marne, bo jakiemuś tam komuś, umyśliło się zrealizowanie filmu na podstawie książki Ziemiańskiego czy Komudy? Czy wyście, kochani moi, poszaleli?! O nie! Nigdy! Jest to stanowczo i najkategoryczniej niedopuszczalne! Pomijając już wszystkie inne, wynikające z tego zuchwalstwa, szkody, to przecież nasz biedny, grzmiący kazania ksiądz, już na samą myśl o filmowej wersji „Achaji”, zszedłby natychmiast z tej swojej ambony… na nagły atak apopleksji.

Tak proszę Państwa, a wszystko to wina naszych pisarzy. Oni to bowiem, znając doskonale polskie realia, niejako na przekór tworzą dzieła, które w żaden sposób nie są w stanie przebrnąć przez chociażby wstępny etap filmowej cenzury. Tym samym pozbawiają nas, fanów, możliwości czerpania przyjemności z kolejnych ekranizacji polskiej fantastyki. A wystarczyłoby jedynie co nieco pozmieniać, wziąć pod uwagę zarówno moralne jak i finansowe ograniczenia naszych wytwórni filmowych czy telewizyjnych. I tak, przywoływany już kilkukrotnie Mistrz Sapkowski, mógł, niejako przewidując sytuację, stworzyć postać Jaskra jako niskiego, pyzatego i wiecznie nieogolonego pana w średnim wieku. Podobnie w przypadku Yennefer, tu również mógł zaznaczyć, iż czarodziejskie eliksiry młodości, których ostatnio używała, pochodziły z dość niepewnych źródeł. Już tak oczywistych rzeczy jak to, że bazyliszki to takie gumowe stwory, a wielcy rycerze zwykli wyglądać niczym niedożywieni emeryci, nawet nie wspomnę. Tych kilka prostych zmian, a już mielibyśmy pełną, no… prawie pełną, zgodność filmu z książkowym oryginałem. Wszyscy byli by zadowoleni, a pan Marek Brodzki bezpieczny.

Podobnie ma się sprawa pozostałych naszych fantastów, którzy muszą brać pod uwagę wszystko to, co ludzie oglądają oraz czego oglądać nie chcą, bądź też nie powinni. Do tego dochodzi również sprawa obsady aktorskiej. Każdy autor liczący na ewentualne zekranizowanie swojej powieści, czy choćby tylko opowiadania, powinien tworzyć swych bohaterów w nieco bardziej przemyślany sposób. Chodzi tu przede wszystkim o dopasowanie postaci do aktora, który jest obecnie najchętniej i najmilej oglądany przez szerokie grono widzów. Już na etapie projektowania danego utworu należy niejako przewidywać kto też będzie mógł daną postać zagrać. I tu, po raz kolejny, doskonale zilustruje nam to przykład „Wiedźmina”. Co by nie mówić o kunszcie z jakim Andrzej Sapkowski kreował kolejnych bohaterów sagi, to jednak bez wątpienia swoimi pomysłami nie ułatwił życia filmowcom. Widać to było doskonale przy problemach z obsadą kolejnych ról. No bo niby gdzie tu znaleźć naturalnych rozmiarów krasnoluda, pięknego i ostrouchego elfa, że już o smoku nie wspomnę? Ot i właśnie! Niestety, ale pan Sapkowski nie zachował się w tym miejscu zbyt uprzejmie. Inna rzecz, że tych kilka lat, jakie minęło od czasu powstania „Wiedźmina” sporo zmieniło na rynku filmowym. Obecnie reżyser nie miałby żadnych problemów z obsadzeniem nawet najbardziej wymagającej roli. Mamy wszak tylu wspaniałych, a przede wszystkim, popularnych aktorów. Spróbujmy sobie przez moment wyobrazić, jak wyglądałaby dzisiejsza ekranizacja „Wiedźmina”. Sytuacja to niełatwa, ponieważ saga już powstała, mleko się wylało, AS raczej nie da się przekonać, aby wprowadzić niezbędne poprawki, które wpłynęłyby nie tylko na jakość filmu, ale i na kinową czy telewizyjną frekwencję. Musimy sobie jakoś radzić z tym tekstem, który mamy. Cóż to jednak dla nas?! Mając za kamerą taką indywidualność jak pan Marek Brodzki, możemy osiągnąć efekt, który zaskoczy nawet tych najbardziej już zaskoczonych.

I oto, na przykład, w postać pięknej i groźnej Yennefer wciela się nasza nowa, serialowa gwiazda – Kasia Cichopek. Jeśli scenariusz, z perspektywy jej roli, ograniczylibyśmy jedynie do tzw. momentów, za całe przygotowanie wystarczyłoby pani Kasi doświadczenie wyniesione z „Tańca z Gwiazdami” oraz „M jak Miłość”. Co więcej, owe „momenty”, których wszak u Sapkowskiego nie brakuje, w wykonaniu tak… emm… uzdolnionej aktorki, wyraźnie podniosłyby… nie tylko oglądalność. Ale idźmy dalej. Do roli Jaskra proponuję Bogusława Lindę, najlepiej w charakteryzacji z „Pana Tadeusza”. Skoro już bagatelizujemy sprawę wieku i wyglądu, to niech to przynajmniej będzie aktor, który od dawna cieszy się zasłużoną opinią amanta. Ktoś mógłby oczywiście zakrzyknąć na to ze zgrozą „A śpiew! Przecież Jaskier musi umieć śpiewać!” Na to, wszelkim malkontentom pozostaje mi jedynie odpowiedzieć, wczuwając się w wypracowywaną latami, chrapliwą barwę głosu pana Bogusława, „Co ty wiesz o śpiewaniu?”

Z obsadą głównej roli możemy mieć prawdziwy problem, a dokładniej – problem bogactwa. Tyluż jest aktorów w Polsce, którzy wcielając się w Geralta z Rivii zapewniliby nam prawdziwie niezapomniane wrażenia. Wydaje się, że wybranie tylko jednego z nich, byłoby jawną niesprawiedliwością. Dlatego też, do roli głównego bohatera proponuję dwóch – braci Mroczków. Tak, proszę Państwa, nie dość, że obaj to świetni aktorzy i do tego znający się już dobrze z naszą nową Yennefer (choć krąży szkaradna plotka, że wcale nie oni jedni), to do tego bliźniacy! Daje to duże perspektywy całej ekipie filmowej, czy to ze względu na możliwość pracy na tzw. dwie zmiany, czy też zaoszczędzeniu na zbędnych w takim przypadku kaskaderach. Co więcej, grający bliźniacy pozwolą nam również nawiązać do pewnego pomysłu, autorstwa panów z MAGa, twórców RPG „Wiedźmin: Gra wyobraźni.” Oni to bowiem, w odpowiedzi na pytania Graczy o to, co zrobić kiedy wszyscy w drużynie chcą być wiedźminami, postanowili odwołać się do filozofii znanej młodemu pokoleniu jedynie z paradokumentalnych filmów Stanisława Barei i niczym mityczny już Wujek Dobra Rada, zaproponowali, aby każdy z uczestników zabawy, kolejno, na jakiś czas, wcielał się w upragnioną rolę. Dzięki temu świat gry zachowa niezbędną spójność, a wszyscy Gracze będą zadowoleni. Wymieniający się nieustannie bracia Mroczkowie, pozwolą nawiązać do tego, wprost nieprawdopodobnego pomysłu, nie zamęczając przy tym pani charakteryzatorki.

Mamy już Yennefer, mamy Jaskra i Geralta, a więc wszystkie główne i najbardziej wymagające role. Na koniec, aby w całą produkcję tchnąć nieco ducha zapomnianej już, a jakże wybitnej, dawnej szkoły aktorskiej, proponuję ponownie zaprosić do naszego projektu wielkiego Daniela Olbrychskiego. Każdy, kto oglądał poprzedniego „Wiedźmina” pamięta z pewnością, z jaką werwą i niesłychanym wyczuciem, ten wspaniały aktor wcielił się w rolę króla elfów. Swoją grą potrafił udowodnić nawet największym sceptykom, że elfy również potrafią być stare i brzydkie. W naszej produkcji rezerwuję dla niego rolę bazyliszka. Nie mam najmniejszych wątpliwości, iż wcieli się w nią z całym swoim bagażem doświadczeń, dzięki czemu planowane na potrzebę wykreowania tego okrutnego, mordującego spojrzeniem gada, efekty specjalne, okażą się najzupełniej zbędne. No i zostanie więcej gumy na smoka.

PS. Właśnie pod moim oknem przemknęła jakaś ciemna, zakapturzona postać, ścigana przez uzbrojonego w półtoraręczny miecz, młodego człowieka. Ech… panu Markowi znowu zachciało się wyjść przed zmrokiem.

Dyskusja