Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zbroja nie tylko chroni – recenzja komiksu „Star Wars – Komiks 7/2010”

Zbroja to drugie ciało

Fani Star Wars nie mogli w te wakacje narzekać na to, że brakuje im nowych komiksów. Wielu z nich, jak wynika z licznych wypowiedzi na forach internetowych, z zapartym tchem czekało na lipcowy numer magazynu „Star Wars – Komiks”. Powodem było ujawnienie planu wydawniczego Egmontu. Znalazła się w nim informacja, że na siódmy miesiąc roku 2010 zaplanowano publikację opowieści pod tytułem „Zbroja”.

Komiks ten otwiera numer i jest najdłuższą prezentowaną w nim historią. Jest to kolejne dziecko dobrze znanego w świecie Gwiezdnych Wojen duetu Jona Ostrandera i Jana Duursemy. Akcja opowieści toczy się podczas wojen klonów i bardzo dobrze wkomponowuje się w inne historie zaprezentowane przez Egmont polskim czytelnikom (np. tę z drugiego w tym roku numeru specjalnego czy majowego zeszytu SWK). Aayla Secura przeszukuje dziką planetę w poszukiwaniu zaginionych planów superbroni separatystów. Towarzyszy jej komandor Bly. Misja jest o tyle niebezpieczna, że tych samych danych pożąda były mistrz Secury – Quinlan Vos, który teraz opowiedział się po ciemnej stronie mocy.

Mogłoby się wydawać, że otrzymujemy kolejną, sztampową i niezbyt oryginalną misję Jedi i klonów. Mogłoby tak być, gdyby za scenariusz nie odpowiadał Jon Ostrander. Jego historie nie dość, że są ze sobą spójne i nietuzinkowe, to jeszcze zawierają w sobie drugie dno. Tak jest i w tej historii. Autor porusza temat tytułowej zbroi i tego czym jest dla klona. Czy tylko wyposażeniem, czy może czymś więcej? Bo przecież jak się nosi swój rynsztunek non stop na sobie to staje się on integralną częścią nas samych, w myśl zasady „ miecz jest przedłużeniem ręki”.

Od strony graficznej historia ta jest rewelacyjnie przedstawiona. Prace Duursemy są jak zwykle bardzo estetyczne i przejrzyste, a jednocześnie komiksowe. Warto zwrócić uwagę, że plastyk w swych pracach używa bardzo ciemnych barw, które mocno kontrastują z drobnymi, jasnymi elementami. Owe detale to najczęściej eksplozje czy rozbłyski związane z wystrzałami. Buduje w ten sposób mroczny nastrój, adekwatny do tematu, jakim jest wojna. Chociaż toczy się ona obcych planetach, to jest tak brutalna, jak te znane nam z realnego świata i historii.

Drugi komiks numeru, „Upiory”, to już zupełnie inny rodzaj kreski. Artyści Dub i Niko Henrichonowie postawili na bardziej komiksowe ujęcie postaci. Kontury rysunków są zdecydowanie prostsze, oszczędniejsze i bardziej kanciaste. Rysunki nabierają więc o wiele lżejszej formy, bardziej karykaturalnej, ale jednocześnie bardzo miłej dla oka. Przy takiej koncepcji rysunków, artyści mogli sobie także pozwolić na zdecydowany mniejszy kontrast między światłocieniami, a także na żywsze kolory. Postacie wyróżniają się bardzo na tle lokacji, ponieważ te – jako drugi plan – zostały potraktowane ciemnymi barwami i delikatnym, „rozmazanym” i brudnym kolorem, co dobrze odzwierciedla rzeczywistość na wysypisku.

No właśnie na wysypisku – akcja dzieje się na planecie, która pokryta jest przez olbrzymie połacie wysypiska. Zdruzgotany po śmierci swojego partnera Chewbacki, Han Solo szuka odosobnienia, by przeboleć stratę przyjaciela. Zamiast tego natyka się na swojego odwiecznego wroga Bobę Fetta. Mimo, że obaj posunęli się mocno w latach (Han ma już ich ponad pięćdziesiąt na karku), to między oboma wywiązuje się zażarta walka. Coś jest jednak nie tak. Fett cały czas wstaje z grobu, nie da się go zabić mimo usilnych starań byłego przemytnika. Czy Han przeżył stratę przyjaciela bardziej niż sądził i teraz ma majaki? Może ból i rozgoryczenie wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem?

Ostatni komiks pt.: „Trujący księżyc” jest największym rozczarowaniem numeru. O ile dwa poprzednie tytuły były intrygujące i ciekawe to ten ostatni powiela wszelkie schematy. Kolejna wyprawa mistrza i ucznia – Obi-Wana i Anakina (dawniej podobne przygody przeżywał Obi-Wan, ale wtedy to on był uczniem), którzy napotykają wroga władającego ciemną stroną mocy. Największą wadą scenariusza Michaela Carriglitto jest jego wtórność.

Równie fatalnie ma się sprawa z rysunkami. Są one karykaturalne. Zniekształcone postacie, dziwnie nadane cienie i faktury, a także niedobrane kolory i proporcje zdecydowanie odstręczają. Tak samo jest z sylwetkami ludzi przedstawionymi przez Adriana Sibara, które przy zniekształconych twarzach, za bardzo przypominają kosmitów.

Zarówno scenariusz i rysunek sprawia, że „Zatruty księżyc” jest najsłabszym elementem numeru i zaniża ocenę końcową recenzji. Jak na dłoni widać, że komiks ten został opublikowany na zasadzie dopełnienia zawartości a nie jako „Najlepszy komiks ze świata Star Wars”, jak reklamuje wydawca na okładce. Na szczęście nie zajmuje on zbyt dużo miejsca, a pozostałe dwa komiksy ratują sytuację.

Dyskusja