Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Rycerze wielkiej mocy – recenzja komiksu „Star Wars. Rycerze Starej Republiki. Tom 3: Dni strachu, noce gniewu”

„Znaczenia wielkość nie ma” powiedział Yoda do Luke`a, każąc mu wyciągać zatopionego w bagnie X-Winga. Pewnie ucieszył tym sporą część męskiej widowni i wywołał drwiący uśmieszek na twarzach piękniejszej płci. Jak się jednak okazuje wielkość czasem ma znaczenie. Chociażby w balistyce. Ale „wielkość” dotyczy także komiksów. I to zarówno jeśli chodzi o stronę fizyczną (format wydania), jak i duchową (wartości estetyczne i intelektualne).

Pod tym względem, albumy z serii „Rycerze Starej Republiki” wydają się niepozorne. Ot, kolejna gwiezdnowojenna historia jakich powstały już setki. Mimo to seria jest ewenementem. Bo przecież ile komiksów trzyma czytelnika w napięciu od początku do końca w jednakowym stopniu? W każdej dłuższej serii w którymś momencie dochodzi do zadyszki, wyczerpania pomysłów, zwolnienia tempa akcji, a przygody bohaterów zaczynają nużyć. Dla „Rycerzy Starej Republiki” czas ten jednak jeszcze nie nadszedł. Przez całe 430 stron – od pierwszego do trzeciego tomu – komiks dowodzi, że historie opowiadane w uniwersum Star Wars, nie muszą być typowym odcinaniem kuponów.

Trzeci tom, „Dni strachu, noce gniewu”, ukazuje dalsze losy Zayne`a Carricka i trójki jego towarzyszy. Bohaterowie w końcu decydują się rozdzielić. Zaraz po tym jak Jarael i Camper odlatują, chcąc znaleźć dla siebie dobrą kryjówkę, Zayne i Gryph wpadają w kolejne tarapaty. Snivvianin i młody padawan mają niesamowity talent do ściągania na siebie kłopotów. Los zawiedzie ich w sam środek wojny między Mandalorianami i Republiką, na planetę Serroco. To już nie są potyczki na granicach, to otwarty konflikt, a co za tym idzie ofiary w ludziach. Arkanianie też nie zaznają spokoju. Choroba Campera zmusza Jarael do działania. Dziewczyna, próbując ratować swego opiekuna, trafi na celownik Adascorp i jej przywódcy, Lorda Adasci. Czy jest on wrogiem, czy przyjacielem? Jakie znaczenie ma przeszłość Campera? Dlaczego Lord Adasca się nim interesuje?

Scenariusz odchodzi chwilowo od głównego wątku. Carrick nie stara się oczyścić swojego dobrego imienia. Idzie tam, dokąd życie go zaprowadzi, starając się po prostu przetrwać. Nie zapomina jednak o tym, że jest Jedi i nie boi się narazić życia, jeśli może w ten sposób ocalić innych. Trzeci album „Rycerzy Starej Republiki” pozwala lepiej poznać tę postać i zżyć się z nią w większym stopniu. Tak jak w poprzednich tomach, świetnym kontrapunktem dla głównego bohatera jest jego towarzysz. Miny i – przede wszystkim – zachowania snivvianina bawią i dodają opowieści kolorytu. Gryph bryluje aż do momentu, w którym zostaje zdmuchnięty przez scenarzystów z pierwszego planu, a opowieść podejmuje wątek Jarael i Campera.

Choć to wspomniana czwórka pcha akcję do przodu to uwagę bardziej zwracają postacie drugoplanowe. Slyssk – nowy pomagier Grypha, demoniczny Lord Adasca (te jego oczy bez źrenic!), groźny admirał Karath, zagadkowy, mandaloriański renegat Rohlan czy równie tajemniczy Eejee wybijają się z tła i intrygują czytelnika. To jednak nie oni są największą atrakcją. W trzecim tomie „Rycerzy” jest coraz więcej nawiązań do gry komputerowej o tym samym tytule. Już poprzedni album pokazywał nam przelotnie Revana i Malaka. Teraz nie dość, że pojawia się robot HK-24 („kuzyn” HK-47), to jeszcze przez pół komiksu towarzyszy nam sam Carth Onasi.

„Dni strachu, noce gniewu” to póki co przygrywka do wydarzeń, które zaważą nad losami całej galaktyki. Mimo to tempo akcji na tym nie traci. Album w najmniejszym stopniu nie jest wypełniaczem, a napięcie towarzyszy czytelnikowi przez cały czas. Co więcej, kończy się on doskonałym cliffhangerem, tak, że z trudem przychodzi czekanie na kontynuację – po prostu chce się czytać dalej. Już chociażby to świadczy o tym, jak dobrze rozgrywane są wątki w tym komiksie i w całej serii „Rycerzy”.

Świetnie skonstruowana fabuła i dobry scenariusz nie robiłyby jednak aż tak dużego wrażenia, gdyby nie świetna praca rysowników. Pod tym względem w albumie jest wszystko to, do czego przyzwyczaiły nas poprzednie tomy. Tu jest się czym zachwycać: od dynamicznej kreski, dobrze dobranych kolorów aż po świetnie ułożone kadry (tu wyróżnić warto strony: 8, 10-11, 46-47, 105, 130, 137-140… choć tak naprawdę o każdej karcie komiksu można powiedzieć coś ciekawego). Widać, że artyści przygotowujący oryginalne zeszyty świetnie się przy tym bawili. Brian Ching, Dustin Weaver i Harvey Tolibao tchnęli życie w świat Starej Republiki, nadając historii znanego z filmu epickiego charakteru. Trzeba to jasno powiedzieć: „Rycerze Starej Republiki” to jeden z najlepiej rysowanych komiksów gwiezdnowojennych.

Tu dochodzimy jednak z powrotem do kwestii wielkości. Komiks pierwotnie pojawiał się w formie zeszytów (na album składa się sześć z nich). Zbiorek ma natomiast mniejszy format, przez co miejscami, szczególnie w scenach kosmicznych, szczegóły gubią się i zacierają. Do tego album jest w miękkiej oprawie, klejony, a przez to utrudnione jest oglądanie części kadrów i całostronicowych plansz. Chcąc w pełni się nimi cieszyć, w dłuższej perspektywie ryzykujemy zniszczenie tomiku. Niewiele na to można zresztą poradzić. Pomijając techniczne uwarunkowania, koszta publikacji w większym formacie wzrosłyby pewnie do nie akceptowalnych rozmiarów. Na szczęście problem ten nie zwraca uwagi tak mocno, jak w drugim tomie.

Fizyczna wielkość komiksu jest więc jego jedyną wadą, z którą niestety trzeba się pogodzić. Wielkość duchowa, jaka w nim drzemie, rekompensuje to jednak z nawiązką. Miłośnicy Star Wars i przygodowych opowieści nie mogą być niezadowoleni. Nawiązując po raz kolejny do słów Mistrza Yody, w „Rycerzach Starej Republiki” moc jest silna. I oby tak było aż do końca historii Zayne`a Carricka.

Dyskusja