Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Strach na wróble

Literatura fantastyczna doby internetu.

Pisanie książek nigdy nie było lekkim chlebem. Jeśli ktoś nie miał do tego drygu – popadał w czytelniczą niełaskę. Jeśli jednak miał talent i, o zgrozo, nowatorskie pomysły – krytycy i tak go nie oszczędzali. Zawsze między młotem i kowadłem. Mimo to, wielu było takich, którzy próbowali szczęścia w literackim świecie. Niektórzy czynili to z przekonania, że pisanie jest dla nich misją, inni – aby pozbyć się nudy lub zrealizować młodzieńcze marzenia o wiecznej sławie. Do dziś w tej kwestii niewiele się zmieniło, jeśli nie liczyć używanych w rzemiośle narzędzi.

Rzemieślnik

Stephen King w „Poradniku rzemieślnika” dzielił dobrych pisarzy na rzemieślników i geniuszy. Podkreślał przy tym, że przejście z niższej kategorii do wyższej jest w zasadzie nieosiągalne. Natomiast można z kiepskiego pisarza zrobić rzemieślnika, a przynajmniej jego imitację. To trochę jak ze strachem na wróble – wszystkie wróble wiedzą, że to tylko atrapa, ale na wszelki wypadek go nie ruszają.

Analogiczną sytuację obserwujemy w przypadku Siergieja Sadowa. Pewnego dnia inżynier komputerowiec postanawia urozmaicić sobie życie i podczas pracy wymyśla fantastyczne postacie, które ożywia na kartach powieści. A że od automatyki i technologii informatycznych droga do kariery pisarskiej jest niedaleka, to szybko publikuje pierwsze, obszerne fragmenty swojej twórczości. Pisze topornie, czasami nieskładnie, tworząc hybrydy języka używanego przezeń na co dzień i wyobrażeń o epickim języku heroic fantasy. Tak powstały produkt trafia do internautów.

Na tym etapie produkcji „Rycerza zakonu”, bo o tej publikacji będzie mowa w dalszej części wywodu, przychodzi moment krytyki. Okazuje się, że liczne grono czytelników dostrzega potencjał w czymś, co jest patykiem, na którym stworzymy przywołanego wcześniej stracha. Internauci zaczynają utwór poprawiać, przerabiać i szlifować. Po wielu zbiorowych staraniach dochodzimy do poziomu rzemiosła. Może nie naprawdę dobrego, ale zdatnego do oddania w wersji papierowej, jako bardziej wymagającej od Internetu, głównie z uwagi na koszty wydania (choć podobno papier wszystko przyjmie – aż dziw bierze, że czasami od tego nie płonie albo nie cuchnie siarką).

Fabuła fantastycznie schematyczna

Chłopiec w wieku szkolnym znajduje klucz do świata magii, w którym przeżyje liczne przygody. Spotka mistrza, przejdzie szkolenie i wyruszy na misję. Na swojej drodze pozna oddanych przyjaciół i wiernych wrogów. Zwłaszcza na tych ostatnich można zawsze polegać – wszak bez nich nie byłoby całej zabawy. Będzie też cała klasyczna otoczka fantasy – z magami, czarami i walką Dobra ze Złem.

Zielone światło dla fabuły daje koncepcja światów, które zostały rozdzielone przez magów, choć niegdyś stanowiły jedno. Na początku istniał konglomerat techniki i magii, które jednak nie mogły egzystować obok siebie. Podział, który okazał się niezbędny, stał się uzasadnieniem dla całej osi fabularnej, począwszy od znalezionego przez Jegora klucza. Niestety, koncepcja ta nie została przez autora w pełni wykorzystana. W zasadzie eksploracja jej ogranicza się do wskazania rozłamu.

Kij fabularny nie musi być jednak bardzo wytrzymały, dopóki zamierzamy postawić na nim stracha, a nie okładać konkurencję po głowie. Internauci nie przerazili się słabością pomysłów autora, ale postanowili przyjść mu z pomocą i wesprzeć projekt. Zadziwiać może fakt, jak wielu ludzi zaangażowało się w produkcję tekstu, który na wstępnie nie miał właściwie nic, co odróżniałoby go od miliona podobnych.

Ucieczka od postmodernizmu

Mówiąc o strachu na wróble, każdy wyobraża sobie z grubsza to samo – kij, słomę, karykaturalną głowę. Siergiej Sadow w swojej powieści odwołuje się do podobnych schematów – jednakowych dla wszystkich nastolatków, które lubią podczas lekcji marzyć o dzikich przygodach w fantastycznym świecie. Autor na bok odkłada psychoanalizę i pogłębione portrety psychologiczne bohaterów. Trzyma się raz ustalonego wizerunku postaci w sposób banalnie konsekwentny.

Wydawać by się mogło, że ktoś, kto de facto debiutuje w Internecie, powinien śpieszyć do wykorzystania możliwości, jakie daje to źródło przekazu. Sadow tego nie robi. Wpuszcza do globalnej sieci produkt, który jest w swej formie anachroniczny – do bólu przeznaczony do książkowej publikacji. Sukces komercyjny książce ma zapewnić nie jej treść, ale okładka, wabiąca młodych fanów fantasy. Nie ma tu miejsca na językowe eksperymenty w stylu Joyce’a , kompozycyjne tricki Prousta ani nawet przełamywanie granic konwencji, podążając śladem sandmanowskich komiksów Gaimana. Właściwie można odnieść wrażenie, że „Rycerz zakonu” jest spektakularną ucieczka od jakichkolwiek niepewnych ścieżek. Podążanie wydeptanym szlakiem jest mało fascynujące, ale zapewnia pozostanie w grze o czytelnika.

Docelowy odbiorca

Nie sposób pozbyć się wrażenia, że powieść Siergieja Sadowa jest albo dobrze zaplanowaną działalnością, wymierzoną w młodszych czytelników, albo kiepskim pisarstwem człowieka, który po godzinach odreagowywał stres. Oznacza to ni mniej, ni więcej tyle, że zapewne niewyrobionemu czytelnikowi, który pierwszy raz zetknie się z fantastyką za pośrednictwem tej powieści, całość może się spodobać. Wszak mamy tu liczne przygody, jakąś akcję, dużo magii. Mimo to, język powieści pozostawia bardzo wiele do życzenia i nie sposób przymknąć na to oko.

Ponadto analiza „Rycerza zakonu” zmusza do ogólniejszej refleksji nad samym zjawiskiem literatury fantastycznej doby internetu. Czy jesteśmy już skazani na półprodukty, doprawiane przez tysiące internautów, kupujących je potem tylko po to, by powiedzieć „też nad tym pracowałem”? Jeśli tak, zawsze już będziemy oglądać kolejne strachy na wróble – zasilane materiałem z innych strachów, rozlatujących się po rozdziobaniu przez zniecierpliwione wróble.

Wszystkim wróblom pozostaje życzyć skuteczności kruka o twardym dziobie i mocarnych skrzydłach.

Obrazek

Dziękujemy wyd. Fabryka Słów za udostępnienie darmowych egzemplarzy do recenzji.

Dyskusja