Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Czy da się wygrać z przeznaczeniem? – recenzja komiksu „Fantasy Komiks 8/2010”

Fatum, przeznaczenie, los – koncepcja życia człowieka zdeterminowanego przez niezależną od niego potęgą jest tematem, który często się pojawia. Już bohaterowie antycznych tragedii zmagali się bezowocnie z siłami wyższymi, które kontrolowały każdy ich ruch. Ale czy naprawdę nie da się wygrać ze swoim przeznaczeniem? Czy rola bezwolnych pionków jest nam przypisana na stałe? Czy zawsze jest tylko jedno wyjście z sytuacji? Oczywiście, że nie.

Doskonale udowadniają to bohaterowie „Rozbitków z Ythaq”. Gdy dowiedzieli się, że opresje, w których się znaleźli, to tylko gra, będąca zabawą dla pewnych istot, zdecydowali się porzucić rolę marionetek i wziąć los we własne ręce. Wybucha bunt. Sędziowie gry są zbyt zaskoczeni i skołowani tym faktem, by w jakikolwiek sposób interweniować.

Dżokas, dawniej jeden z najbogatszych ludzi w galaktyce zostaje co prawda wyrzucony z gry za oszustwa, ale pionki w postaci Granit i jej przyjaciół zdołają się wedrzeć do siedziby sędziów. Są jednak wydarzenia, których nikt nie kontroluje. Dla przykładu stan Narvarta, w którego ciele nadal znajdują się odłamki szponów skałopendr, znacznie się pogorsza. Jego życie wisi na włosku, a infekcja wydaje się nie do wyleczenia.

Jak widać scenariusz Arlestona nadal może zaskoczyć czytelnika. Część rzeczy została wyjaśniona, ale przed czytelnikiem piętrzą się kolejne zagadki i niewiadome. Scenarzysta udowadnia, że doskonale potrafi trzymać czytelników w napięciu i niepewności w kwestii losów głównych bohaterów komiksu. „Rewolta pionków”, czyli kolejna część serii „Rozbitków”, niczym nie ustępuje poprzednim epizodom. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej intryguje i wciąga nas głębiej w opowieść.

Strona graficzna nadal zachwyca. Generalnie ten numer został zdominowany przez Adriena Flocha, bo i drugi dłuższy komiks numeru jest ilustrowany przez niego. Kreska tego plastyka cały czas zwraca uwagę ze względu na estetykę i przejrzystość. Lineart postaci jest zazwyczaj oszczędny, składa się na niego raptem kilka kresek, które podkreślają podstawowe walory anatomii. Za to tła są pełne szczegółów i detali.

Doskonałym na to przykładem może być świątynia z sennego koszmaru Narvarta ze strony dwudziestej dziewiątej. Przypomina nieco azteckie budowle: prastare, omszałe mury porośnięte tropikalną roślinnością. W samym środku mamy mistyczne jezioro z fosforyzującymi zielonymi oparami. Scena ta pełna jest tajemniczego uroku i aury niepewności.

Drugi komiks pod tytułem „Sloka” jest starszy niż pierwsza opowieść w magazynie. Ten dysonans czasowy odbija się wyraźnie rysunkach Flocha, ale nadal robią wrażenie. Ilustracją najlepiej obrazującą wspaniały warsztat rysownika w tym przypadku, będzie niewątpliwie moment zejścia tytułowego bohatera do sekretnej bazy swojego zmarłego (podobno) przyjaciela. Postać Sloki jest co prawda na dalszym planie, ale widać jak jego sylwetka zdradza olbrzymie zaskoczenie z odkrycia jakiego dokonał. Plastyk doskonale oddaje tu mowę ciała, co jest bardzo ważne w wiarygodnym przedstawianiu scen z nawet najbardziej fantastycznego komiksu.

Za stronę fabularną odpowiada Ulrig Godderidge. Wykreowane przez niego postacie również stawiają czoła swojemu przeznaczeniu. Nie chcą jednak z nim walczyć. Wręcz przeciwnie. Sloka jako wybraniec z przepowiedni, jak Neo czy Luke Skywalker ma doprowadzić do równowagi i uratować to, co zagrożone. I to mimo tego, że młodzieniec jest byłym wojskowym i pochodzi z rasy, która w pierwszej części serii najechała żółtoskórych. Sloka jest zmuszony uciekać i ukrywać się przed swoimi dawnymi krajanami. Okazało się bowiem, że bóstwa Dżajpury wybrały właśnie jego za swego obrońcę. To o tyle ciekawe, że w świecie Sloki nie było do tej pory ani odrobiny miejsca na czary, magię i siły nadprzyrodzone. Jedynym bogiem była wojna, która trwała od wielu lat.

Scenariusz jest wielowątkowy i bardzo złożony. Dyplomacja i mitologia, dworskie intrygi i przyjaźń, sekrety i miłość, wszystko to przeplata się ze sobą tworząc jedną ścisłą nić przeznaczenia, które nieodgadnione jest nawet dla samych bogów.

W ostatnim, zdecydowanie krótszym komiksie główna bohaterka, podobnie jak postacie z pierwszej opowieści, nie zgadza się z wyznaczoną jej rolą. W świecie Troy nie było do tej pory jeszcze kobiety, która osiągnęłaby status mędrca. Ale Mari Kiri zamierza to zmienić. Nade wszystko pragnie dopiąć swego i zdobyć ten tytuł. I nikt, ani nic, jej w tym nie przeszkodzi.

„Wyprawa Alanysa”, bo taki tytuł nosi ta opowieść, dzieje się ponad osiemset lat przed wydarzeniami związanymi z Trollami i Lanfeustem z Troy. Historię te wymyślił co prawda ten sam scenarzysta: Chistopher Arleston (czyli twórca m.in. „Rozbitków z Ythaq”), ale pomagała mu w tym Melanym – młoda, francuska pisarka. Razem stworzyli serię o nazwie „Legendy Troy”, do których ta opowieść się zalicza.

Jest ona zdecydowanie lżejsza i obfituje w o wiele więcej humorystycznych scen niż w historiach, które ukazały się w Polsce do tej pory. Nie oznacza to jednak, że komiks ten w jakikolwiek sposób jest przesadzony czy przerysowany. Humor występuje tutaj zarówno pod postacią sytuacyjną, słowną jak i charakteru. Żywym (a raczej narysowanym) na to dowodem może być obiekt westchnień Mari Kiri, czyli zarozumiały kolega z roku, Matupet. Już samo jego imię doskonale zdradza jego charakter, tak samo zresztą jak sposób w jaki został narysowany. Zadarty do góry nos mówi sam za siebie.

Jeżeli omawiamy kwestię strony plastycznej to już przytoczony wyżej przykład zdradza jak dobrze rysunek oddaje walory opowieści. Nic dziwnego, w końcu rysował go znany w komiksowym świecie grafik, Eric Carister. Rysunki, podobnie jak w wielu innych, humorystycznych opowieściach, są karykaturalne, a wszelkie wady i przywary przerysowane, by jeszcze lepiej oddać charakter danej postaci. Dla przykładu mędrzec Allunys to non stop garbiący się starzec o garbatym nosie i wąskich jak szparki oczach. W razie potrzeby potrafi jednak wykazać się nie lada żywotnością i wigorem. Ilustruje to w sposób aż nadto wymowny ilustracja, w której w obronie ulubionego kota, bierze zamach na oponenta.

Zanim przejdę do omówienia humorystycznych opowieści pragnę zaznaczyć, że publicystyka w tym tomie skupia się wyjątkowo wokół dwóch tematów. W grudniu na naszym rynku pojawił się pierwszy numer nowej podserii Thograla czyli komiks „Kirss de Valor: Nie zapominaj o niczym”. Pierwszy mini artykuł poświęcony jest właśnie temu albumowi i tej postaci. Drugi to wprowadzenie do pierwszego crossoveru w świecie Star Wars czyli „Wektora”. Album spina klamrą kompozycyjną wydarzenia z okresu ponad czterech tysiący lat historii świata rycerzy Jedi i Mrocznych Lordów Sith.

W tym numerze pojawił się tylko jeden strip humorystyczny: „Krasnoludy”. Akcja tych jednoplanszowych, humorystycznych opowiastek dzieje się w tym samym uniwersum, co znane już czytelnikom magazynu „Gobliny”. Historyjka utrzymana jest w tej samej konwencji, z tą jednak różnicą, że to przywary krasnoludów zostały wystawione na pośmiewisko.

W poprzednim numerze zapowiadane były jeszcze i inne stripy humorystyczne, ale niestety ze względu na podwyższenie stawek podatku VAT, magazyn zmniejszył swą objętość ze stu czterdziestu ośmiu na sto trzydzieści stron. To nie jedyna niekorzystna zmiana. Ta, która o wiele bardziej rzuca się w oczy, to podwyższenie ceny almanachu. Zamiast niespełna dwudziestu złotych, przyjdzie nam zapłacić o dziesięć złoty więcej. Nie będą też publikowane jak do tomu siódmego trzy dłuższe serie. Zamiast tego, tak jak w grudniowym numerze, będą dwie dłuższe i jedna krótsza („Wyprawa Alanysa” to jednotomowy komiks, podzielony ze względów wydawniczych na dwie części). Jakby tego było mało kolejny numer „Fantasy komiks” zobaczymy tylko w salonach prasowych i księgarniach (dystrybucja do kiosków została wstrzymana) i to dopiero w lutym, czyli za dwa miesiące.

Wydawca zaznacza jednak, że jeśli mimo tych wszystkich niekorzystnych zmian, sprzedaż magazynu będzie zadowalająca to wróci do pierwotnej formy i ceny w jakiej był on publikowany. A to zależy już tylko od nas – czytelników. W końcu „Fantasy komiks” od marca prezentuje nam historie ciekawe zarówno pod względem fabularnym i rysunkowym, warto by było, by częściej móc go widywać na naszym rynku komiksowym.

Dyskusja