Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Fantasy, komiks i problemy rasowe – recenzja komiksu „Fantasy Komiks 7/2010”

Problemy na tle rasowym są stare jak świat. Wszyscy jesteśmy różni, nie tylko ze względu na kolor skóry czy wyznanie. Ale i tak problem rasizmu i dyskryminacji jest bardzo silny w naszej rzeczywistości. A jak ta kwestia wyglądałaby w światach, gdzie ras są dziesiątki albo nawet setki? Czy problem ten nasili się czy zniknie?

To właśnie przez godne pożałowania podejście obcych ras do własnej kupiec Kengis stał się taki, jaki jest. Jak dowiadujemy się z pierwszych kart kolejnej części „Rozbitków z Ythaq” zatytułowanej „Akana”, w dzieciństwie tego stwora podobnego do węża spotkała straszna tragedia. Wraz z matką został zaszczuty niczym zwierzę. To, że jemu udało się przeżyć, było kwestią przypadku. Przez te wstrząsające doświadczenia wyrósł na bezwzględnego dowódcę wojsk. Wojsk, które teraz oblegają wrak statku „Warkocz komety”.

Paradoksalnie łowy na jego rasę, były tylko grą. Teraz i Kengis, i główni bohaterowie komiksu: Granit i Narvat, a nawet Dżokas, wojownik z Ythaq, który okazał się jednym z najbogatszych ludzi w galaktyce, uwikłani są w inną grę. W grę o naprawdę wielką stawkę.

Scenariusz Arlestona wszedł w decydującą fazę. Pierwsze, co może rzucić się w oczy czytelnikowi, to fakt, że wraz z rozwojem fabuły rośnie brutalność. Tak, zgadza się. Początkowo beztroska historia z pogranicza heroic fantasy i space opery okazuje się pełna przemocy i okrucieństwa.

Doskonale ukazują to rysunki Flocha. Krew leje się dosłownie wszędzie. Najlepiej ilustruje to scena rzeźni w „Galaxy Jumperze” . Podwładny Kenigsa, z niebywałą wprawą, za pomocą szabli, wypatroszył wszystkich załogantów tego małego statku. Na przedostatnim kadrze piętnastej strony stoi zadowolony z wypełnionej przez siebie misji, wśród resztek, poszatkowanych ciał i krwawych rozbryzgów. Operując tuszem i pędzelkiem artysta doskonale ukazał miniony dynamizm tej sceny pełnej przemocy i cierpienia.

Równie krwawą sceną rozpoczyna się drugi album numeru. Druga część „Zarazy”, zatytułowana „Bromsi”, również porusza kwestię rasizmu. Wspomniana krwawa scena to rytuał Albisów – gigantycznych ludzi, którzy wraz ze zmarłym, chowają jego żonę. Nikt z drużyny, która wyruszyła by zbadać źródło tajemniczej choroby dręczącej ich wszystkich, nie rozumie zwyczajów wielkoludów. I nie potrafi ich uszanować. A przecież każdy z nich pochodzi z innego plemienia. Kaliam jest karłem, modli się kilkanaście razy dziennie, a matka Valnes pochodzi ze szczepu, gdzie mężczyźni są rzadkością, więc musi korzystać z każdej okazji do prokreacji. Chociaż wszyscy mają odmienne zwyczaje, to trudno im pokonać dystans do czegoś, co dla Adlisów jest naturalne.

Ale śmierć, a więc i zaraza, jest dla wszystkich tak samo sprawiedliwa. Albo raczej tak samo obojętna. Scenariusz Jeana–Chariesa Guadina stopniowo odsłania przed czytelnikiem drogę do źródeł tajemniczej choroby. Wśród licznych niebezpieczeństw śmiałkowie odkrywają nowe fakty dotyczące epidemii. Muszą jednak walczyć o życie, któremu zagraża nie tylko bakcyl choroby, ale i tytułowi Bromsi. Bezwzględni najemnicy stają im na drodze, przesłaniając upragniony cel. Te dynamiczne i nagłe zwroty akcji sprawiają, że komiks trzyma w napięciu aż do ostatniej chwili.

Doskonale ten błyskawiczny rozwój sytuacji i wartkie sceny ukazują pełne dynamizmu prace Peyneta. Najlepszym na to przykładem mogą być dwie strony przedstawiające walkę głównych bohaterów ze skalnymi wężami. Poszczególne ujęcia przedstawione są w taki sposób i w takiej sekwencji, że tworzą złudzenie ruchu. Bohaterowie uciekają, a szybkość ich biegu podkreślają delikatne linie.

Generalnie postacie wykreowane są bardzo realistycznie. Mimo zmian anatomicznych, każdy przedstawiciel swojej rasy wygląda naturalnie. Całość kompozycji utrzymana jest w pastelowych, jasnych kolorach.

A jak wygląda kwestia różnic kulturowych w świecie, gdzie odmian i ras są całe setki? Tak właśnie jest w „Lesie Opalu”. Różnego rodzaju obcych i odmieńców jest cała masa, ale każdy z nich potrafi, żyć ze sobą w harmonii. Jedynym co ich dzieli to sympatie polityczne. Jedni opowiedzieli się po stronie prawdziwego Światła, inni ze strachu wolą dalej służyć zachłannemu tyranowi, a jeszcze innych obchodzą tylko własne interesy.

Rysownik wspaniale oddał różnorodność lasów Opalu. Każdy humanoid wygląda inaczej. Pellet nie popadł jednak w rutynę i zadbał oto, by każdy wyglądał naprawdę oryginalnie. Jeżeli chodzi o wygląd artysta postawił na miks rogów, uszu różnej długości, piór i futra. Tak samo zwariowane i unikatowe są kostiumy i stroje. Ale nie można odmówić tym kreacjom i sylwetkom przemyślenia i zamysłu, przez co wszystko to razem wygląda bardzo przekonująco. Plastyk zadbał jednak i o tło. Najlepiej świadczy o tym wspaniała ilustracja, która wypełnia całą stronę. Chodzi o monstrualne Jedenaście Korzeni. To pełne mistycznej mocy i pradawnych potęg miejsce naprawdę robi piorunujące wrażenie. Pellet potrafi przedstawić ogół nie zaniedbując jednocześnie detali, o czym doskonale świadczy właśnie ten obrazek.

W listopadowym numerze nie mogło oczywiście zabraknąć i humorystycznych stripów. Mamy dokładnie to samo zestawienie co miesiąc temu. Są to „Gobliny”, które cały czas pragną udowodnić, że są czymś więcej niż tylko zielonym mięsem armatnim; drażniąca się wzajemnie parę przyjaciół „Barboka i Blondellę” oraz non stop ryzykujących życie, nawet na urlopie, dostawców „Heroic Pizza”.

W albumie znalazło się także miejsce dla dwóch stron publicystyki. Artykuł „Podróże po Akbarze” jest opisem niezwykłego świata opisanego w dwóch seriach „W poszukiwaniu Ptaka Czasu”. W opracowaniu tym znajdziemy omówienie każdego zeszytu wydanego do tej pory, nawet najnowszego zatytułowanego „Droga Łowcy”.

Jak widać z różnicami na tle rasowym jest bardzo różnie. Czasami doprowadzają one do naprawdę barbarzyńskich zbrodni, czasami są tylko taktownym milczeniem czy dezaprobatą. Ale zdarza się i tak, że i w ogóle nie ma czegoś takiego w świecie, gdzie ras są setki.

„Fantasy Komiks” cały czas dzielnie się broni jeżeli chodzi o jego zawartość. Historie w nim prezentowane są naprawdę z najwyższej półki świata komiksów i fantasy. Cóż więcej można powiedzieć, by nie prawić samych komplementów?

Dyskusja