Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Jak wrócić do Baranowskiego – recenzja komiksu „To doprawdy kiepska sprawa, kiedy Bestia się pojawia”

Recenzja? E tam! Nie chce mi się! – chciałoby się powiedzieć wykorzystując słowa Wuja Ludwika z komiksu „To doprawdy kiepska sprawa, kiedy Bestia się pojawia”. Jednakże w październiku Wydawnictwo Ongrys wypuściło na rynek wznowienie tego klasycznego już albumu Tadeusza Baranowskiego. No i nie ma rady. Obowiązek wzywa. Trzeba przypomnieć ten komiks czytelnikom.

Nie jest to zresztą jakiś szczególnie bolesny obowiązek. Spotkania z Baranowskim to czysta przyjemność. Unikalna kreska, lekkość i humor oraz zabawy słowem i kadrem sprawiają, że mimo upływu lat nie da się zapomnieć tworzonych przez niego komiksów. Wciąż zachowują one świeżość i mogą się podobać. Cieszy więc to, że kolejne pokolenie miłośników komiksu ma okazję poznać tego artystę.

Omawiany album to kontynuacja opowieści o Fruwaczkach. Mija właśnie rok od wydarzeń zaprezentowanych czytelnikom w „Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat od zagłady”. Na osadę sympatycznych skrzatów napada armia straszliwego Czarnego Ptaszyla. Tym samym w końcu udaje mu się zdobyć nasiono Kwiatu Zła. Przy okazji Fruwaczki dostają się do niewoli i światu po raz kolejny grozi katastrofa. Na szczęście Amadynce i Huzarkowi udaje się wymknąć armii Ptaszyla. Jest więc szansa na pozytywne zakończenie tej opowieści. Kakapo, mędrzec mieszkający poza osadą Fruwaczków, na pewno ma w zanadrzu jakiś plan.

W przeciwieństwie do większości komiksów Baranowskiego, dorosły czytelnik nie znajdzie w „Bestii…” zbyt wielu interesujących rzeczy. Nie ma tu tak dowcipnych dialogów, jak chociażby w „Antresolce” czy „Na co dybie…”. Nie ma zabaw z kadrem, co nie oznacza, że kadrowanie jest mało ciekawe. „Bestia…” to jeden z tych komiksów, które są skierowane do młodszego czytelnika. Doskonale nadaje się on do czytania z dziećmi i dla dzieci. Prosty scenariusz, barwne obrazki i przygodowy charakter opowieści powinny im się spodobać.

Tylko czy najnowsze wydanie powinno trafić do rąk naszych pociech? Ukazało się ono w twardej oprawie, na dobrej jakości kredowym papierze. Sposób wydania naprawdę robi wrażenie. Nie ma tu refleksów, gdy na karty komiksu pada światło. Jeśli jednak się to zdarzy, rysunki pozostają czytelne, choć barwy blakną, a kontury zaczynają świecić, ale ma to swój urok. Efekt uzyskano także dzięki temu, że do druku użyto odpowiednich farb. Co więcej, komiks jest zszywany, więc nie ma tego rodzaju problemów, co przy albumach klejonych. Co tu zresztą dużo mówić: tak powinno się wydawać komiksy. Choć album nie jest absurdalnie drogi, nie należy też do tanich. Przed zakupem musimy więc sobie odpowiedzieć na pytanie dla kogo go kupujemy: dla siebie czy dla swoich dzieci i czy są one na tyle odpowiedzialne, by go nie zniszczyć. Byłoby go po prostu szkoda.

„Bestia…” po wznowieniu pojawiła się w dwóch wersjach – podstawowej i kolekcjonerskiej. Do redakcji trafiła ta pierwsza, 48 stronicowa, kosztująca 35 złotych. Wersja druga, limitowana i z autografem autora, jest poszerzona o 16 dodatkowych stron, zawiera szkice i rysunki postaci. Jest też niemal dwukrotnie droższa. W wydaniu podstawowym znajduje się co prawda jednostronicowy szkicownik, w którym mamy kilku bohaterów, ale są oni małych rozmiarów. To miły, acz skromny dodatek do samego komiksu. Sądząc jednak po jakości wydania, jeśli uwielbiamy Baranowskiego, można zaryzykować stwierdzenie, że droższa, kolekcjonerska edycja warta jest swojej ceny. Wydają się to potwierdzać także aukcje na allegro, na których album sprzedawano z dodatkowym rysunkiem autora (ledwie 30 egzemplarzy) i zdarzało się, że osiągał on ceny powyżej 200 złotych.

W porównaniu z pierwszym wydaniem z 1992 roku (Wydawnictwo Rok), album nie zawiera zbyt wielu różnic. Oprócz wspomnianych dodatków, zmieniła się pierwsza plansza z poematem Wuja i zacytowanymi wcześniej słowami. Zniknęły również podziękowania dla poprzedniego wydawcy i „całego społeczeństwa”. Również barwy wyglądają nieco inaczej, choć to raczej efekt tego, że w starym komiksie zdążyły już wyblaknąć.

Samemu komiksowi można by próbować zarzucić nieco naiwny charakter, brak fantazji (ale tylko w porównaniu z innymi dziełami Baranowskiego) czy zbytnie skupienie się na postaciach bohaterów w kadrowaniu. Nie ma tu zbyt wielu całoplanszowych panoram, które robiły spore wrażenie w poprzednich komiksach autora. Ma to jednak swoje uzasadnienie, jeśli weźmie się pod uwagę docelowego odbiorcę „Bestii…”. Czytając ten komiks warto znać poprzednią opowieść o Fruwaczkach. Scenariusz nie przedstawia postaci bohaterów, zakładając, że już ich dobrze znamy. Brak tu wprowadzenia, ale to również jest szukanie igły w stogu siana. Podobnie rzecz ma się z kolorystyką, która wydaje się mnie atrakcyjna w porównaniu z innymi dziełami Baranowskiego.

Recenzja jest prawie gotowa, ale wciąż mi się nie chce. Niby wypadałoby już tylko sklecić jakieś podsumowanie. Ja jednak zamiast pisać, mam ochotę wrócić do „Bestii…” i przeglądnąć ją jeszcze raz. Może i nie jestem dzieckiem, ale nadal czytam album z przyjemnością. Dzięki Ongrysowi przypomniałem sobie czasy, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Baranowskim. Po „Bestii…” pewnie sięgnę po „Antresolkę…”, „Wodę sodową”, no a potem „Ecie pecie…”. I kto wie, może to właśnie jest najlepsze podsumowanie tej recenzji. Innymi słowy to już jest KONIEC, ale nie za bardzo.

Dziękujemy wyd. Ongrys za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji.

Dyskusja