Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Leckja 14: Co to znaczy „na niby” – recenzja komiksu „Sto twarzy profesora Harmasa: Planeta Robotów”

Niektóre historie, mimo upływu wielu lat, nigdy się nie starzeją. Kto z nas nie lubi oglądać po raz kolejny „Czterech Pancernych” lub czytać w kółko „Władcę Pierścieni”. Nawet Kevin musi być znowu na święta, mimo że każdy zna dialogi z tego filmu na pamięć. Tak samo jest z komiksami. Niektóre po prostu nie poddają się upływowi czasu. Tytus, Kajko i Kokosz czy Orient Men zawsze będą nieśmiertelni. Co jednak z bohaterami zaginionymi w akcji? Tymi, którzy towarzyszyli nam w dzieciństwie, a nawet nie mieliśmy ich szansy poznać?

Komiks pod tytułem „Sto twarzy profesora Harmasa: Planeta Robotów” nigdy nie ujrzał, do tej pory, światła dziennego. Album powstał w latach 1986-1989, dzięki duetowi Macieja Parowskiego i Jacka Skrzydlewskiego. Ukazały się co prawda w 1993 roku cztery strony w magazynie „Komiks”, ale prawdziwą premierę komiks miał dopiero w tym roku w listopadzie. Dzięki wydawnictwu Ongrys ukazał się wreszcie w formie albumowej.

Na Ziemi wybucha tajemnicza choroba. Ludzie zaczynają masowo wariować lub umierają w męczarniach. Żołnierze dezerterują. Profesor Le Djaz i jego pomocnicy, blondwłosy Jan i zgrabna Hanna oraz zarozumiały robocik Nieto, muszą zbadać przyczynę tej sytuacji, zanim epidemia wejdzie w fazę krytyczną. Z pomocą przyjdzie im Kapitan Reves. Szybko odkryją, że przyczyna całego tego nieszczęścia ma związek z deszczem asteroidów, który bombarduje nasz świat z planety KG – 14.

Oczywiście w komiksie nie mogło zabraknąć czarnego charakteru w postaci Profesora Harsmana. Ten niewysoki grubas o czarnej brodzie niejednokrotnie będzie próbował, z czystej złośliwości, pokrzyżować plany bohaterów tego albumu.

Historia napisana przez Macieja Parowskiego pełna jest niezwykłych zwrotów akcji i dynamiki. Nic w tym dziwnego, scenarzysta ten znany jest w świecie komiksowym, szczególnie ze względu na bardzo popularną serię „Funky Koval” i adaptację komiksową „Wiedźmina”. Opowieść ta skierowana jest przede wszystkim do młodszego czytelnika, ale i starsi odbiorcy nie powinni być zawiedzeni. Fabuła jest prosta, brak w niej głębszych przemyśleń czy alegorii do współczesnego świata i jego problematyki, ale obfituje za to w masę doskonałej zabawy i niezwykłych przygód.

Rysunki Jacka Skrzydlewskiego powinny być wielu z nas bardzo dobrze znane. Ilustrator pracował przez wiele długich lat dla miesięcznika „Świat Młodych” i dla magazynu komiksowego „Relax”. Prace grafika doskonale pasują do charakteru tego albumu, a nawet go podkreślają. Karykaturalnie przerysowane postacie o dużych nosach, uszach i nieproporcjonalnie dużych dłoniach i stopach to domena humorystycznych komiksów. Wszystkie prace wykonane są tuszem i piórkami, co widać zarówno biorąc pod uwagę kontury jak i kolorowanie (zwłaszcza włosy Jana i Hanny).

Jeżeli chodzi o przykłady na karykaturalne potraktowanie wykreowanych postaci w tym komiksie, najlepszym przykładem będzie kapitan Reves. Blizna, która szpeci jego pół twarzy (zapewne pamiątka z jakieś misji), sprawia, że jedna powieka cały czas opada. Przez wysokie czoło i kanciastą głowę, wojskowy robi wrażenie postaci, zbliżonej do filmowego Frankensteina.

Również mimika bohaterów jest przerysowana i przesadnie ukazana. Z pewnością taka jest twarz Jana, który tłumaczy się jednemu z robo-starażników w kilku scenach na stronie trzydziestej drugiej. Wybałusza oczy, poci się, cały drży, co podkreślają faliste linie wokół konturu. Zaraz potem jednak wybucha gniewem na gapowatego Nieto. Wtedy czerwienieje cały na twarzy, a jego oczy robią się małe i czarne jak para węgielków.
Najciekawszą ilustracją, której poświęcono aż dwie strony albumu, jest moment lądowania bohaterów na planecie KG-14. Zewsząd wysuwają się działa i rakiety tytułowych robotów. Maszyna zbliżona wyglądem do helikoptera wydaje się przy nich bardzo bezbronna i drobna, mimo że wcale nie jest taka mała.

Komiks zdecydowanie obfituje w humor sytuacyjny. Do najzabawniejszych momentów należą sceny, w których systemy przeciwpożarowe raz po raz gaszą cygara Revesa. W komiksie pojawia się także kilka motywów związanych z dowcipem postaciowym. Do takich na pewno można zaliczyć te związane z robotem Nieto. Nie do końca nadąża on za tokiem ludzkiego rozumowania, przez co nie jest w stanie rozumieć zawiłości planów i forteli. Wynikają z tego liczne problemy i nieporozumienia, co może wywołać uśmiech na twarzy niejednego z nas.

Warto zaznaczyć, że na naszym rynku pojawiła się specjalna edycja kolekcjonerska. Jest ona wzbogacona o dodatkowe dwadzieścia cztery strony. Znajdują się na nich szkice postaci i plansz, a także kilka stronnic z „Inwazji z planety robotów”, drugiemu tomowi serii. Najciekawszym dodatkiem dla wielu mogą się jednak okazać wspomnienia autorów dotyczące powstania komiksu.

„Planeta Robotów” jest historią łatwą w odbiorze. Z pewnością przypadnie do gustu wielu spośród młodszych czytelników komiksowych opowieści. Można jednak śmiało stwierdzić, że i starsi czytelnicy, którzy w latach młodości czytali historie o Tytusie czy Kleksie poczują sympatię także do tych bohaterów.

Dziękujemy wyd. Ongrys za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji.

Dyskusja