Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mała draka we wspaniałym Asgaardzie – recenzja komiksu „Thorgal. Tom 32. Bitwa o Asgard”

Ile razy można pisać o legendzie? I czy naprawdę dobre jest tylko to, co minęło dawno temu? Nowy Thorgal nie da jasnej odpowiedzi na te pytania. Pewne jest, że o dziecku Rosińskiego i Van Hamme’a jeszcze usłyszymy. Po „Bitwie o Asgaard” nie zmienią się również czytelnicze opinie. Komiks nie przekona tych, dla których seria straciła swój blask. Zadowoleni z poprzedniego albumu także pozostaną przy swoim zdaniu. Ale jaki jest ten nowy Thorgal?

„Bitwa o Asgaard” to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego albumu. Historia wciąż rozwija się dwutorowo. Tak jak w „Tarczy Thora”, Sente skupia się na postaci Jolana i planach Manthora, Thorgala umieszczając na drugim planie. Z komiksu dowiadujemy się do czego potrzebna była tarcza Thora i po co stworzono szmacianą „Żyjącą Armię”. Nie wszystko jest jednak wyjaśnione i sporo wątków czeka na rozwiązanie (np. kwestia towarzyszy Jolana, los Aniela). Choć przedstawione przygody są istotne dla samych postaci, szczególnie dla Manthora, stanowią jedynie interludium. To dopiero przyszłe wydarzenia mogą okazać się prawdziwie dramatyczne dla bohaterów. Miejmy nadzieję, że tak rzeczywiście będzie, bo „Bitwie o Asgaard” brakuje napięcia.

Jest co prawda pogoń Thorgala za Czerwonymi Magami, jest misja Jolana, który – jak ojciec – namiesza w domenie Odyna. Dramatyzmu w tych przygodach nie ma jednak zbyt wiele. Jest za to scenariuszowy determinizm, który nie pozwala na to, by Jolanowi stała się krzywda. Wszak czeka go „wyjątkowe przeznaczenie” i nawet potyczka z nordyckimi bogami nie może skończyć się porażką. Thorgal też jeszcze nie zrealizuje swojego celu. Ale mimo to, chce się czytać dalej. Chce się poznawać te historię, chce się ją chłonąć i tu akurat „Bitwa o Asgaard” przypomina pierwsze tomy cyklu.

Scenariusz komiksu można różnie oceniać. Niektórym mogą się nie spodobać pewne rozwiązania. Wątpliwości może wzbudzać na przykład konfrontacja Jolana z Lokim – i żaden to spojler. Już sama okładka podpowiada, co się stanie, a opis na stronie Świata Komiksu w zasadzie streszcza wszystkie wydarzenia albumu. Bitwa jest momentem kulminacyjnym. Można by się więc spodziewać monumentalnego, epickiego starcia. W końcu dzieje się ona w krainie bogów. Jeśli ktoś przed lekturą zasugeruje się okładką, może jednak poczuć zawód. Potyczka nie wzbudza większych emocji. Przypomina sprzeczkę dwójki dzieci o zabawkę i nie czuć tutaj tego, że stawką jest życie lub śmierć jednej z bohaterek komiksu. Albo inna kwestia: poprzednie tomy w miarę gładko wprowadzały w historię lub dało się je czytać z osobna. W przypadku „Bitwy o Asgaard”, jeśli po latach przerwy wracamy do Thorgala, będziemy się czuć zagubieni. Kim jest Aniel? Co Jolan robi w Międzyświecie? O co w ogóle chodzi?

Można jednak wskazać i na pozytywy, chociażby to, jak świetnie wpleciono wątki mitologiczne. Sente korzysta z nich równie sprytnie co Van Hamme i godnie go zastępuje, choć może na mniejszą skalę i mniej heroicznie. W komiksie pojawiają się nawiązania, między innymi, do mitu o Idunie i jabłkach wiecznej młodości oraz o Lokim i Sif. Tu warto zwrócić uwagę na postać Lokiego. Kreacja tego bohatera jest fantastyczna. Sente doskonale podkreśla jego cechy charakteru: kłamliwość, egoizm, oportunizm i złośliwość. Nie sposób z nim sympatyzować, ale trudno nie polubić.

Efekt ten byłby umniejszony, gdyby rysownik nie poradził sobie z wizualizacją Lokiego. Rosiński to jednak stara szkoła, sprawdzona i pewna. Jego sposób obrazowania podoba się nawet osobom, które z komiksami niewiele mają do czynienia. „Bitwie o Asgaard” wykonana jest w tym samym stylu co poprzednie trzy albumy. Tym razem malowane tła i postacie mają jednak mocniej podkreślone kontury. Niektórzy z bohaterów są dodatkowo otoczeni białą kreską, przez co wyglądają jak wklejeni. Dziwne jest to, że kolor oczu Lokiego zmienia się z czerwonych na początku, na żółte pod koniec, a i na jednej z ostatnich scen nie wygląda zbyt przekonująco (Thor wyprowadzający Lokiego). Pozostali bogowie są pocieszni i wyglądają jak przerośnięte krasnoludy. Trudno jednak uznać to za błędy Rosińskiego – taki jego wybór. Ponadto, jego solidna robota cieszy oczy, zwłaszcza jeśli chodzi o barwy. Strony komiksu mienią się żółcią, czerwienią i brązem jak złota polska jesień. Kolory są złamane, brudne, szarobure, co nadaje opowieści nieco mrocznego charakteru. To jeden z powodów, dla których sinoskóry Loki robi tak duże wrażenie, zarówno w wersji blond jak i rudej. Niestety, w „Bitwie o Asgaard” nie ma kadrów naprawdę mocnych, takich, które widzi się nawet po odłożeniu komiksu na półkę. Wszystko, oprócz Lokiego, zlewa się ze sobą.

Najnowszy komiks Sente`a i Rosińskiego jest pozbawiony wyrazu. Brak mu pazura, czegoś, co sprawiłoby, że zapamiętalibyśmy go na lata. Z drugiej strony, trudno wymagać, żeby album, który ma na celu uwiarygodnienie decyzji podejmowanych przez bohaterów i poustawianie ich w odpowiednich miejscach na szachownicy zdarzeń, obfitował w ważne dla fabuły wydarzenia. Może zresztą ta chwila oddechu jest potrzebna. Przecież ostatnio w życiu Thorgala wiele się wydarzyło, od otrucia w „Barbarzyńcy”, przez śmierć Kriss de Valnor, aż po odejście Jolana na służbę do Manthora. A na horyzoncie już zbierają się czarne chmury.

„Bitwa o Asgaard” dowodzi, że trudno jeszcze jednoznacznie ocenić rolę Sente`a w cyklu. Duch pierwszych Thorgali wciąż jest tutaj odczuwalny. Jak bardzo się on jednak zmienił? I czy scenarzysta uniesie legendę? Czy jego opowieść będzie równie emocjonująca, jak na przykład epizody w krainie Qa? Być może dowiemy się tego już w trzydziestym trzecim zeszycie serii. I obyśmy czekali na niego jak najkrócej.

Dyskusja