Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Niewolnicy przeznaczenia – recenzja komiksu „Star Wars Komiks. Extra 1/2010.The Clone Wars – Niewolnicy Republiki”

Mamy grudzień, koniec roku, zbliżające się święta. Nie wypadało by Egmont nie przygotował niczego specjalnego dla miłośników Star Wars. Do naszych rąk trafił więc najpierw pierwszy tom Wektora, kolejny zeszyt Wydania Specjalnego, a potem regularnie wydawany magazyn SW Komiks. Na tym się jednak nie skończyło i w efekcie czytelnik dostaje coś ekstra, a konkretniej nowy kwartalnik Star Wars Komiks Extra. O tym, jak bardzo fani Gwiezdnych Wojen są rozpieszczani najlepiej świadczy to, że jeśli chodzi o ilość publikacji wydanych w jednym okresie czasu, grudzień 2010 jest miesiącem rekordowym.

Pytanie tylko, czy numer Extra to rzeczywiście coś, w co warto zainwestować. Historia zaprezentowana w kwartalniku nawiązuje do okresu Wojen Klonów i do animowanego serialu pod tym samym tytułem. Nie dla każdego będzie to radosna wiadomość. Serial jest przecież skierowany do młodszego widza. Co więcej, estetyka, w jakiej jest wykonany, również budzi wśród fanów skrajne emocje. Jest to o tyle istotne, że już sama okładka komiksu wskazuje na to, skąd rysownicy czerpali inspirację. Zostawmy jednak obawy na później i przyjrzyjmy się fabule.

Opowieść nosi tytuł „Niewolnicy Republiki”. Przedstawia epizod z początkowego okresu Wojen Klonów. Choć konflikt trwa już jakiś czas, wciąż wiele światów nie podjęło decyzji, po której stronie stanąć. Jednym z takich miejsc jest planeta Kiros. Mieszkający tam pacyfistyczni Torgutanie próbują co prawda zachować neutralność, ale pojawienie się Dooku oznacza okupację systemu i reakcję Republiki. Gubernator Roshti, administrator Kiros, chcąc chronić swój lud, daje się zwieść podstępnemu Sithowi. Nieświadom pułapki decyduje się na „ewakuację”, która zamiast bezpieczeństwa, przyniesie niewolę. Los Torgutan z Kiros zależy więc już tylko od Jedi, a w szczególności od Ahsoki Tano, nomen omen również Torgutanki. W komiksie zobaczymy także Obi-Wana, Anakina, Yodę oraz Asaji Ventress.

To jak dalej rozwija się ta historia dość łatwo można przewidzieć. Akcja jest jednak tak dynamiczna, że w zasadzie nie ma czasu się zastanawiać nad tym, co za chwilę się stanie. Nie ma tu przestojów, nie ma chwil wytchnienia i jeśli szukamy w świecie Gwiezdnych Wojen rozrywki, „Niewolnicy Republiki” doskonale się pod tym względem sprawdzą. Jest to oczywiście rozrywka niewymagająca, miejscami nieco naiwna, ale satysfakcjonująca.

Prawdą jest, że nielogiczności w scenariuszu jest sporo. Po części wynikają one jednak ze specyfiki myślenia o Gwiezdnych Wojnach, po części z niedopatrzenia lub umyślnego upraszczania. Dziwne jest chociażby to, że populacja całej planety to ledwie 8 milionów istot. Albo to, że nowi właściciele Torgutan, Zygerrianie, mieszkają nie niepokojeni na swej rodzimej planecie, gdy tymczasem Yoda mówi o tym, że po krucjacie Jedi przedstawiciele tej rasy zaczęli się ukrywać. Zastanawiać może również to, jak Anakin z łatwością chwyta małą dziewczynkę, a chwilę potem ją wypuszcza – mimo różnicy wyszkolenia, wieku i siły. W niektórych momentach dostrzec można także i to, że rozwój fabuły jest prowadzony na siłę, nazbyt nachalnie i bez odpowiedniego uzasadnienia. Niewiarygodne staje się przez to zachowanie zygerriańskiej królowej. Są tu po prostu takie sytuacje, kiedy scenarzysta (Henry Gilroy) stosuje metodę deus ex machina i tym podobne zabiegi.

Trudno też nie kręcić nosem, jeśli przyjrzeć się temu, jak przedstawiono mieszkańców Kiros. Biorąc pod uwagę to, że niezwykle agresywna i zaciekła Raana Tey była Torgutanką, a przodkowie tej rasy to bezwzględni drapieżnicy, wizerunek pacyfistów staje się równie wiarygodny, co twierdzenie, iż Anakin to spokojny, rozważny negocjator.

O dziwo wszystkie opisane wyżej problemy ze scenariuszem wcale nie przeszkadzają. Wszystko to skutecznie skrywa znany z filmów humor i tempo akcji. Czytelnik orientuje się, że coś jest nie tak w zasadzie dopiero po lekturze, gdy zaczyna wgryzać się w historię. A i wówczas nie są to takie rzeczy, które automatycznie skreślałyby ten komiks. Podobnie jest z rysunkami.

Za graficzne opracowanie opowieści odpowiedzialne są aż trzy osoby: Scott Hepburn, Ramon K. Perez i Lucas Marangon. W efekcie mamy mieszankę stylów, która choć nieco chaotyczna, nieźle wpasowuje się w uniwersum Gwiezdnych Wojen. Najbardziej rzuca się w oczy to, że główni bohaterowie (Anakin, Obi-Wan, Dooku) są narysowani na wzór tego, co widzimy w serialu Wojny Klonów. Nie każdemu będzie się to podobało, ale wbrew pozorom nie wygląda wcale źle. W części pierwszej Wektora (czyli kontynuacji KotORa) przesadzono z przerysowaniem postaci. Tu choć jest ono obecne, nie tylko nie przeszkadza, ale i podkreśla charakter postaci, uwydatnia emocje i jest dobrze dostosowane do sytuacji. W większości przypadków udało się zachować umiar, choć przy Dooku i Yodzie graficy pozwolili sobie na zbyt daleko idącą fantazję. Również wampiryczna wersja Ventress to chybiony koncept, ale i to jakoś da się przełknąć.

W komiksie nie ma zbyt wielu plansz, które zapadałyby w pamięć. Historia, sama w sobie, jest epicka, ale na obrazkach tego nie zobaczymy. Zdecydowano się na bardziej awanturniczo-przygodowy wariant. I choć tła bywają szczegółowe, a postacie drugoplanowe są zaprezentowane nieco dokładniej niż pierwszoplanowe, nie ma za bardzo za co chwalić rysowników. Ot, wykonali porządną, rzemieślniczą robotę i niewiele więcej. Czy specyficzny miszmasz stylów się spodoba, zależy już tylko od gustu czytelnika.

Przy omawianiu grafik warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. W niektórych sytuacjach (czemu tylko w niektórych?) użyto efektu rozmycia. Pchnięcia Mocą wyglądają przez to naprawdę ciekawie, i wzmagają, i tak już ogromny, dynamizm. Wrażenie robi też to, jak Anakin i Dooku używają Duszenia Mocą. Rysownik pokazał z jaką gwałtownością i siłą robi to hrabia. W porównaniu z nim Anakin jest delikatny. Można by odnieść wrażenie, że panuje nad swoim gniewem.

„Niewolnicy Republiki” pokazują jednak, że jest inaczej. Główną zaletą komiksu jest to, że uwiarygodnia wydarzenia z „Zemsty Sithów”. To, co w filmie musieliśmy przyjąć na wiarę, tu uwidacznia się niemal na każdym kroku. Anakin jest niepokorny, niecierpliwy i działa pod wpływem emocji. „Niewolnicy” dopowiadają wiele na temat tego, jak w ogóle mogło dojść do przemiany w Dartha Vadera.

Nie znaczy to, że w komiksie dochodzi do jakichś brzemiennych w skutki wydarzeń. Jest on po prostu świetnym tłem, nad którym unosi się cień tragicznego przeznaczenia. Wątek niewolnictwa, choć potraktowany nieco powierzchownie, wyraźnie to podkreśla. Po raz kolejny autorzy przypominają nam, że Jedi są na drodze do katastrofy, przed którą nie ma ucieczki. W szczególny sposób można tu odczytać słowa Anakina, mówiącego: „Walczymy o wolność. Jeśli musimy zgodzić się na jakieś straty, by zdobyć wolność, zrobię to za każdym razem.” Celne są również słowa królowej Zygerrii: „W twoich słowach nie ma serca, bo wiesz, że życie tych, na których ci zależy, jest w moich rękach. Porzuć swoją dumę. Należysz do mnie.” Kobieta zauważa wcześniej, że młodemu Jedi bardziej niż na misji, zależy na przyjaciołach. Dobrze wiemy co się stanie, gdy bohater ten stanie przed wyborem: życie Padme czy lojalność wobec zakonu. Wiemy też, co będzie później, gdy Anakinowi zabraknie najbliższych.

Zanim będzie można podsumować nowe wydawnictwo Egmontu, musi się tu jeszcze znaleźć wzmianka o dodatkach. I choć będą to surowe słowa, nie można o nich nie wspomnieć. Nie mam bowiem nic przeciwko temu, by wydawca umieszczał w swych komiksach reklamy innych swoich produktów. Uważam to nawet za dobrą praktykę, bo pomaga ona czytelnikowi zorientować się w tym, co może go zainteresować, zwłaszcza jeśli chodzi o podobne tytuły. Fan Star Wars z chęcią dowie się, o czym jest Wektor, albo czym jest serial Wojny Klonów. Jeśli jednak na materiały te poświęcamy po jednej stronie, tekst wklejamy z materiałów prasowych i szumnie nazywamy to artykułem, nie sposób nazwać tego inaczej jak zwykłą bezczelnością. Przy wprowadzaniu na rynek KotORa, wydawca zamieścił podobny, ale dłuższy i bardziej szczegółowy opis tego produktu. Dlaczego nie zrobiono tak i tym razem?

W numerze Extra jest tak naprawdę tylko jeden dodatkowy tekst, który można uznać za artykuł. To opis bydgoskiego fanklubu Star Wars, połączony z relacją ze StarForce 2010. I za to wypada Egmont pochwalić, a przy okazji poprosić o więcej informacji na temat życia fandomu. Oprócz „artykułów”, wątpliwości budzi także plakat. Mały format rozczarowuje. Dużo lepiej byłoby wykorzystać te strony na przykład na tekst o tym, jak doszło do stworzenia Wektora. Cieszy natomiast konkurs, w którym można wygrać wartościowe nagrody.

Na koniec wypada jeszcze odpowiedzieć na zadane na początku pytanie. Wydaje się, że tak: w Star Wars Komiks Extra warto zainwestować. 148 stron komiksu (właściwie 132) to naprawdę sporo czytania i to na poziomie lepszym niż w niektórych opowieściach z regularnego magazynu. Również pod względem kosztów czytelnik nie traci. Zaprezentowana opowieść bawi i dostarcza szczegółów na temat galaktycznego konfliktu, który poprzedził stworzenie Imperium. Najważniejsze jest jednak to, że mimo stylistyki zbliżonej do tej z serialu, historia ta wcale nie musi nas zrazić. Trzeba tylko dać jej szansę, by się o tym przekonać.

Dyskusja