Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ożywić materię – recenzja książki „Przypadek Victora Frankensteina”

Odkąd Mary Shelley opublikowała swoją najsłynniejszą powieść pt. „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz”, imię to dla ogromnej rzeszy ludzi stało się synonimem monstrum. Oś fabularna powieści opierała się na stworzeniu przez młodego uczonego, Frankensteina, potwora, powstałego poprzez zszycie członków zmarłych i ożywieniu ich na skutek użycia silnego wyładowania elektrycznego. Wydawać by się mogło, że w tym temacie autorka wyczerpała wszystkie możliwości i wycisnęła z pomysłu każdą kroplę sensu. Peter Ackroyd udowadnia jednak, że takie założenie jest błędne.

„Przypadek Victora Frankensteina” jest powieścią powstałą niejako w hołdzie dla angielskich twórców doby romantyzmu. Każda strona, ba, nawet każde zdanie tej książki, jest odwołaniem do napisanego przez Mary Shelley pierwowzoru. Tu jednak obserwujemy odesłania dalej idące, aniżeli tylko proste odniesienia fabularne. Peter Ackroyd wyciągnął z odmętów historii żywe postacie i okoliczności, a następnie wplótł je do swojej powieści. Co za tym idzie, w jego utworze obserwujemy całą plejadę autentycznych osób, które zostają wrzucone w wir opowieści, na poły prawdziwej, częściowo zaś wymyślonej.

Pierwszą, w pełni realną postacią, która pojawia się na kartach tej książki, jest Percy Shelley. Postać tego znakomitego poety została wiernie odtworzona. Styl zachowania młodziana wskazuje na jego szlacheckie pochodzenie, zaś wojujący ateizm przenika przez jego wypowiedzi. Także okoliczności mezaliansu – ślubu z Harriet Westbrook, oddane zostały bardzo wiernie. Jednak na przykładzie pierwszej żony Shelleya można znakomicie pokazać przenikanie się warstwy realistycznej z fantastyczną w powieści Ackroyda.

Przede wszystkim, postać Harriet uległa najdalej idącej fabularyzacji. W „Przypadku Victora Frankensteina” przedstawiona została jako nieszczęśliwa dziewczyna, od której ojciec wymagał niemal morderczej pracy. Motyw taki dobrze pasował do zamysłu Ackroyda, jednak nie odpowiadał rzeczywistości. W istocie ojciec dziewczyny był dobrze sytuowanym właścicielem kawiarni, który zadbał o wykształcenie córki. Częściowo prawdziwie zostały ukazane okoliczności śmierci Harriet, której ciało wyłowiono z rzeki. O ile jednak Peter Ackroyd przypisuje jej śmierć niecnym czynom potwora, stworzonego przez Frankensteina, o tyle w rzeczywistości mówi się o samobójstwie nieszczęśliwej kobiety, zdradzanej przez męża z Mary Shelley (ówczesną Mary Godwin).

Jeśli już mowa jest o drugiej żonie Shelley’a, należy zauważyć, iż jej postać została oddana przez autora powieści z należytą szczegółowością. Ackroyd przedstawia ją jako kobietę wrażliwą i niesłychanie inteligentną, co było prawdą. Zapewne fakt ten wynikał częściowo ze znamienitego pochodzenia pisarki, będącą córką Mary Wollstonecraft (uchodzącej za prekursorkę feminizmu) i Williama Godwina (błyskotliwego myśliciela politycznego). Jednak to, co zostało przez Petera Ackroyda oddane najlepiej, to okoliczności powstania jej najsłynniejszego dzieła.

Autor „Przypadku…” trafnie wskazuje na warunki, w jakich doszło do poznania się bohatera powieści, Victora, z pozostałymi, realnymi osobistościami. Młody Frankenstein, przyjaciel Shelleya z okresu studiów, zostaje zaproszony, by w towarzystwie małżonków i lorda Byrona spędzić kilka dni w Szwajcarii. Tam to, w ramach urozmaicenia dżdżystych wieczorów, uczestnicy wyprawy opowiadali sobie rozmaite straszne historie, nawiązujące niejako do niemieckich opowiadań o duchach. Sceneria ta była wprost stworzona do powstania historii Frankensteina.

Jak zostało powiedziane wcześniej, Ackroyd z rozmysłem miesza wątki zmyślone z niesłychaną dawką prawdziwych, historycznych szczegółów. Czytając tę powieść, odbiorca może mieć wrażenie, że doskonale zna tę historię. Cóż bowiem jest nadzwyczajnego w motywie pozyskiwania ciał do eksperymentów od grabarzy? Naturalnie wydaje się to sposób najprostszy. Gdy jednak po raz kolejny zerkniemy w karty historii, okaże się, iż w czasach współczesnych Mary Shelley, w Ząbkowicach Śląskich wybuchła tzn. afera grabarzy. Posądzono wtedy grupę ludzi o bezczeszczenie zwłok i sprowadzenie zarazy. Jako że sprawa ta odbiła się szerokim echem po całej Europie, pojawiają się spekulacje, iż był to niejako impuls dla pisarki do stworzenia swojej opowieści. Za tą teorią przemawia fakt, iż w ówczesnych czasach miejscowość ta, położona na Dolnym Śląsku, nazywała się… Frankenstein.

Ackroyd z niebywałą sprawnością łączy ze sobą wszystkie te szczegóły. Wybiera sobie autentyczny detal, który następnie obrabia, przekształca dla swoich potrzeb i bezwzględnie wykorzystuje. Tak też zresztą zrobił z postacią Johna Polidoriego, lekarza lorda Byrona, który zasłynął jako ten, który pierwszy wprowadził do literatury angielskiej postać wampira. Victor Frankenstein od samego początku nie lubi tej osobistości, która jednak okazuje się niezwykle przenikliwa i o doniosłym znaczeniu dla fabuły.

Warto wspomnieć jeszcze o języku powieści. Peter Ackroyd stworzył dzieło tym lepsze, iż stylizowane na twórczość doby okresu, o którym sam pisze. Można by rzec, że autor zastosował zmodyfikowaną konstrukcję szkatułkową – im głębiej w jego dzieło zaglądamy, tym więcej odwołań na różnych płaszczyznach możemy odnaleźć. Ackroyd jednak nie przesadził ze stylizacją, dzięki czemu dostajemy powieść, którą czyta się znakomicie i współcześnie, a jednak bardzo dobrze oddającą ducha XIX-wiecznej Anglii.

Istotna w tej historii jest także wierność przekazu w stosunku do oryginalnego Frankensteina. Powieść Mary Shelley wielokrotnie była spłycana, zwłaszcza na potrzeby adaptacji filmowych. Ackroyd zaakcentował jednak wszystko to, co stanowiło o sile przekazu pierwowzoru – pytanie o granice swobody twórczej, problematykę moralności w odniesieniu do badania śmiertelności i istoty człowieczeństwa oraz swoistą odpowiedzialność twórcy za jego dzieło.

W ramach podsumowania należy stwierdzić, iż „Przypadek Victora Frankensteina” jest powieścią ze wszech miar udaną. Nie odkrywczą, gdyż ten gatunek twórczości, którym posłużył się Ackroyd, z założenia nowatorskość w pewnym zakresie wyklucza. Niewątpliwie jednak książka ta ukazuje sprawność pisarza w operowaniu nie tylko słowem, ale i tym wszystkim, czym dysponował zawczasu – wiedzą biograficzną, okolicznościami historycznymi, londyńskim klimatem doby romantyzmu. Chociażby z tych powodów warto zapoznać się z nowym spojrzeniem na przypadek Frankensteina.

Dziękujemy wyd. ZYSK i S-ka za udostępnienie darmowego egzemplarza do recenzji.

Ocena: 5/5

Dyskusja