Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Portal rubasznego śmiechu – recenzja książki „Teoria Portali”

Kiedy autor już na początku powieści ostrzega, iż

za nic nie odpowiada i pragnie poinformować, że doszukiwanie się w jego książce wartości literackiej, głębszego sensu, ważnych prawd życiowych (…)

i tym podobnych jest skazane na niepowodzenie, czytelnik może mieć na wstępie mieszane uczucia. Z jednej strony, żartobliwy ton zapowiada, z czym przyjdzie mu się zmierzyć, jednak z drugiej – pojawia się obawa. Czy aby autor nie próbuje narzucić mi, czytelnikowi, swojego zdania jeszcze przed właściwym rozpoczęciem opowieści?

„Teoria Portali” to literacki debiut Martina Lechowicza, znanego szerszej publiczności zwłaszcza ze swoich humorystycznych piosenek, publikowanych w Internecie. Patrząc na tę książkę jako na pierwszą publikację autora należy przyznać, iż wykazał się on pewną sprawnością językową. Lechowicz dostosował sposób narracji i manierę językową bohaterów do opisywanej rzeczywistości. Można by rzecz, że w tej książce wszystko jest prowincjonalne, proste i niezbyt zaskakujące. Prawdopodobnie jest dokładnie takie, jakie w zamiarze twórcy miało być.

Akcja powieści rozpoczyna się Bandziochach, przysłowiowej zabitej dechami wsi. Już sama nazwa miejscowości może kojarzyć się z lokalnym kolorytem. Wszak bandziochem w niektórych rejonach nazywa się gruby brzuch. Obraz ten dobrze pasuje do przaśnych bohaterów, których poznajemy na samym początku. Matematyk Witold Bąk i Aleksander Poniatowski, doktor biochemii, już przy pierwszym wrażeniu jawią się jako ofiary życiowe, które aż proszą się o kłopoty. Wkrótce też, na skutek pewnej gównianej sprawy, wspomniane kłopoty dostają.

Porównanie, zaserwowane przez wydawcę na okładce książki, jakoby opowieść ta nawiązywała konstrukcją i humorem do książek Douglasa Adamsa i Terry’ego Pratchetta, jest tylko częściowo prawdziwe. O ile odwołania konstrukcyjne do twórcy „Autostopem przez Galaktykę” istotnie można w powieści Lechowicza odnaleźć, o tyle humoru Pratchetta tu nie ma. Nie znaczy to, że powieść nie zawiera elementów humorystycznych – wręcz przeciwnie, cała jest swoistym pastiszem utworów s-f. Mimo to, komizm w „Teorii Portali ” bliższy jest wędrowyczowemu stylowi Pilipiuka, aniżeli angielskiemu humorowi Pratchetta.

Fabuła powieści nie trzyma w napięciu, aczkolwiek nie zawiłości opowiadanej historii stanowią o sile tej publikacji. Bohaterowie podróżują przez rozmaite światy, zaś ich celem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: „czy Bóg stworzył świat z miłości czy dla jaj?” Spotykają odmienne od siebie stworzenia, chleją wódę w dusznym barze, a w międzyczasie zwracają uwagę czytelnika na charakterystyczne cechy krain, przez które podróżują. Satyryczne opisy otaczającego nas świata to element, który niewątpliwie wychodzi autorowi najlepiej.

„Teoria Portali” nie nadaje się do jednoznacznego polecenia wszystkim miłośnikom literatury. Zdecydowanie jest to powieść lekka w odbiorze, przesycona prostym, ale jednocześnie mocnym humorem. Jest w niej również wnikliwa obserwacja rzeczywistości, okraszona pewną dawką malkontenctwa. Nie każdemu jednak może przypaść do gustu taka forma i swoista nachalność przekazu. Aczkolwiek – widziały gały, co brały i szansa, że ktoś trafi na Martina Lechowicza czysto przypadkowo, a następnie przeżyje wielkie rozczarowanie, jest niewielka. Ci zaś spośród czytelników, którzy świadomie wybiorą tę książkę, celem zakosztowania niewybrednego humoru i prześmiewczej analizy otaczającego nas świata, nie poczują się zawiedzeni.

Dyskusja